21670
post-template-default,single,single-post,postid-21670,single-format-quote,stockholm-core-1.0.8,select-theme-ver-5.1.4,ajax_fade,page_not_loaded

Tak sobie obiecywałem: obojętnie dokąd, byle w te strony i żeby było wysoko, sucho i gorąc. I żeby nic nie było. — Stasiuk

Tak sobie obiecywałem: obojętnie dokąd, byle w te strony i żeby było wysoko, sucho i gorąc. I żeby nic nie było. Żadnych zabytków, żadnych starożytności, żeby się nie oglądać i się nie zastanawiać. Żadnej Buchary, żadnej Samarkandy, żadnego sensu, tylko gołe życie w tym rozrzedzonym powietrzu. O to mi chodziło. O wyrazistość bytu. Żeby patrzeć na postimperialną rdzę i na to, jak z tej rdzy wysypuje się piasek. To mi wystarcza, jeśliby ktoś pytał, i po to można się wybrać pięć albo sześć tysięcy kilometrów.
(…)
W łaźni było okienko. Wychodziło na wschód, za rzekę, na góry. Nad górami wschodził księżyc. Była pełnia. Podnosił się srebrny i wielki, jakby wyruszał z Sinciangu, jakby wstawał z Chin.
Nie wiem, po co się wyjeżdża. Żeby usłyszeć o poranku turkot blaszanej taczki? Żeby z okienk ałaźni jak dwa sraczyki zobaczyć księżyc nad Ujgurem? Że nie Buchara, nie Sarmankanda, tylko to?
Niewykluczone.
 
A. Stasiuk “Wschód”