717
post-template-default,single,single-post,postid-717,single-format-standard,stockholm-core-1.1,select-theme-ver-5.1.7,ajax_fade,page_not_loaded

Co czytam kiedy nie piszę. Część II. “Skucha” i “Wielki przypływ”

Jak to zwykle bywa, po pierwszej części przychodzi druga, a więc kolejna porcyjka moich refleksji o książkach, które czytałam, kiedy Parapet milczał jak zaklęty.

Dziś czas na literaturę faktu i kilka słów o “Skusze” Jacka Hugo-Badera i “Wielkim przypływie” Jarosława Mikołajewskiego. To bez wątpienia dwie dobre, choć zupełnie różne książki.

 

“Skucha” Jacek Hugo-Bader, wydawnictwo Czarne
tkliwość cokolwiek palpacyjna

Hugo-Bader napisał książkę inną niż wszystkie poprzednie. Ja znałam go ze słodko-gorzkich (z akcentem na gorzkich), ostrych jak krawędź lodowca, opowieści o Rosji. W nich autor szwenda się, włóczy, poznaje ogrom ludzi w ich naturalnych środowiskach, a potem siada i opowiada o tym w najbardziej bezpośredni, prosty, pozbawiony push-upów sposób. Pokazuje nam surowy Wschód i pomimo pokazywanych cieni, pozwala się w nim co nieco zakochać.

“Skucha” natomiast mam poczucie swojego rodzaju eksperyment. To opowieść o pokoleniu autora, o ludziach którzy z czasach Polski Ludowej, a zwłaszcza po ’81 roku, walczyli o wolny kraj. Lecz nie widłami i nabojami, ale słowem. Rozprowadzali prasę opozycyjną, nawoływali do strajku, wszystkimi siłami rozbudzali narodowego ducha. Ich wojna trwała siedem lat, pięć miesięcy i dwadzieścia trzy dni.

IMG_20160813_183940

“Solidarnościowi konspiratorzy, chociaż zwycięzcy, to jacyś niepisaci. Czy dlatego, że nie jechali po krawędzi życia i zamiast przelewać krew, kręcili korbami powielaczy? Czy w Polsce bez ofiar nie może być mitologii?” [s.17]

Rację ma autor, kiedy pisze, że ci “Kolumbowie rocznik 50” jakoś słabo w literaturze zostali opisani, zaniedbani poniekąd, zapomniani. Mnie w szkole o nich nie uczyli, nie postawili im nawet maleńkiego pomnika w naszych młodych głowach. Hugo-Bader postanowił zatem przywołać ich do polskiej świadomości pokazując, co się z nimi stało w kraju, o który tak walczyli. Czym im ta Polska odpłaciła, co im dała, a co zabrała. Z typową dla siebie wrażliwością kreśli historie, które choć czasem mi się mieszały, to dały mi emocjonalny obraz tego, jak się ich życie potoczyło. Bo są tacy, którzy wciąż działają w polityce, inni od lat kłócą się z państwem, ale i tacy którzy nie mają co jeść. A także tacy, których droga zaprowadziła do kryminału, wielu się rozpiło, kilkoro leczy depresję. Obraz to raczej smutny, straszny nawet. 

Mi, osobie urodzonej w wolnej Polsce, książkę czytało się momentami trudno. Miałam poczucie, że brakuje mi wiedzy, co jakiś czas coś sobie musiałam doczytywać, sprawdzać. I to jest w zasadzie zupełnie w porządku, bo często to robię przy innych lekturach, ale przy “Skusze” wybitnie miałam wrażenie, że to opowieść nie dla mojego pokolenia. Że to książka dla mojej mamy, która opisywane realia zna z autopsji, dla której nazwiska i wydarzenia opisywane przez reportera nakładają się na osobiste przeżycia w tamtym czasie. Mi przez większość czasu towarzyszyło dość specyficzne uczucie jakbym otwierając książkę, weszła do dość głośnej, zatłoczonej kawiarni, usiadła przy stoliku z nieznajomymi mi ludźmi i próbowała włączyć się do rozmowy. Niby po jakimś czasie byłam w stanie zrozumieć o czym mówią, ale nadal ich nie znałam.

Z drugiej jednak strony, gdyby nie “Skucha” ja nadal żyłabym w niewiedzy na temat tamtych czasów i czym właściwie zajmowała się opozycja.  A wiecie czym się zajmowała? Trwaniem. Wydawaniem i puszczaniem w miasto kilkunastu tysięcy zadrukowanych kartek i trwaniem. Podtrzymywaniem na sztucznym oddechu życia organizacji i wolnościowego ruchu.

To co dla mnie jest chyba najsmutniejsze to to, że opozycja, “Firma”, jak nazywali swoją organizację, dziś jest pełna napięć i konfliktów. Środowisko się rozpadło, podzieliło na tych, którym się udało i tych drugich. Na spotkaniu autorskim Hugo-Bader powiedział, że dziś postąpiłby inaczej, że trzeba było im pomóc, wyciągnąć rękę, a po ’89 każdy zajął się swoimi sprawami. Tak jakby wraz z zakończeniem “Firmy” przestały istnieć więzi międzyludzkie.

Ale to wszystko nieważne jest, bo “Skucha” jest przede wszystkim dla tych ludzi. Dla Kolumbów rocznik 50. Należało im się to jak psu kość. Żeby ktoś się nad nimi pochylił, zainteresował teraz, po 25 latach. Uniósł ich żal i rozgoryczenie. Oni mieli piękne marzenia, wielkie plany, po cichu wierzyli w to, że jak już wygrają, to oni będą w tej Polsce rządzić. Tylko że stało się inaczej.
Skucha, brachu.

“-Zobaczysz, damy cię na ministra obrony za te wrzaski- mówi któryś do Marka.
– Co ty?! – protestuje Rysiek. – Z takim głosem to na marszałka Sejmu. A “Celinę” na ministra zdrowia, bo doktórka.
– Sam se idź na ministra zdrowia! Mogę być premierem. Michała dam do kultury, Freda na ministra transportu, bo taksiarz, a Maćka na szefa od więzień, bo już siedział, to się chłopak zna na tym fachu. Do Jacka też będziemy mówili kiedyś panie ministrze.” [s.82]

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czarne.

 

“Wielki przypływ” Jarosław Mikołajewski, Wydawnictwo Dowody na Istnienie

Oj dokuczyła mi ta książka. Mikołajewski z kunsztem poety przedstawia sytuację tak, że bliżej z cierpieniem się już nie da być, choć bardziej się go domyślamy, niż widzimy jak na dłoni. Pokazuje nam, Europejczykom co zaniedbaliśmy i zaniedbujemy nadal, na co zamykamy oczy. Jacy dobrzy jesteśmy w udawaniu, że problem nie istnieje. Że nawet jak pomagamy, to często po to żeby uspokoić własne sumienia. A w rozpaczliwej podróży po lepsze życie codziennie toną ludzie.

Reportaż Mikołajewskiego przybliża nam to, co dzieje się od lat na Lampedusie, małej włoskiej wyspie, najczęściej pierwszym miejscu do którego docierają uchodźcy płynący z północnej Afryki na Stary Ląd. Autor porozmawiał z najważniejszymi ludźmi na wyspie i słuchał ich relacji i spostrzeżeń. To często bardzo trudne rozmowy, jak ta z lekarzem, który co noc wychodzi na pomost i wyczekuje na łodzie z uchodźcami, by potem oddzielić żywych od martwych. Albo ta z Giacomo, lokalnym buntownikiem, który tworzy muzeum z przedmiotów należących do zmarłych przybyszów.

Mikołajewski jest poetą, co daje się odczuć w każdym rozdziale tej pięknej książki. Język jakim się posługuje, melodia zdań, wciągają nas w wir obrazów i emocji. Na końcu książki pojawia się także wiersz, trudny, naładowany emocjami, stanowił coś w rodzaju ujścia tego, co nie mogło być wypowiedziane prozą. 

Sytuacja na Lampedusie zdaje się być jednak dla autora jedynie pretekstem do pokazania szerszej perspektywy, skonfrontowania nas z naszymi poglądami, a może ich brakiem. Daje nam swego rodzaju pouczenie i zmusza do stawiania sobie niewygodnych pytań. A taka jest według mnie rola reportażu – zmuszać do myślenia i pytania. “Wielki przypływ” z pewnością zostanie mi w pamięci na długo. 

“Mówię wiernym, że najpoważniejszą przyczyną życiowej stagnacji jest czekanie na tę właściwą, dobrą okazję do prawdy i odwagi. Powtarzanie sobie, że “mamy oczekiwać innego”. Każda chwila jest tą okazją, innej może nie będzie. Ta chwila jest okazją jedyną: to, że miliony uchodźców widzą Europę, w tym Lampedusę, jako krainę dobrobytu, pokoju i wolności. I to w tej chwili musisz zmierzyć się z tym wyobrażeniem, jakie mają o tobie. Ta chwila, powiem moim wiernym, to też ćwiczenie z pamięci. Dobrze, żeby Włosi przypomnieli sobie, że oni również są narodem emigrantów.(…) Powiem, i mówię, że to wielka okazja, aby się zastanowić nad Europą.” [s.99]

A.


tytuł: Skucha5765b587d7a1b6bb26d010a6fb19c899

autor: Jacek Hugo-Bader

wydawnictwo: Agora i Wydawnictwo Czarne

rok wydania: 2016

Ilość stron: 315

 

 

 

 


wielki-przyplyw

tytuł: Wielki przypływ

autor: Jarosław Mikołajewski

wydawnictwo: Dowody na Istnienie

rok wydania: 2015

ilość stron: 136

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o