22218
post-template-default,single,single-post,postid-22218,single-format-standard,stockholm-core-1.1,select-theme-ver-7.1,ajax_fade,page_not_loaded,,qode_menu_
podsumowanie roku 2020

Podsumowanie 2020 w książkach

A więc kolejne podsumowanie. 

Tym razem nie czuję potrzeby podsumowywania tego roku jako takiego, zarówno jeśli chodzi o moje życie prywatne, jak i, nazwijmy je, internetowe. Zbyt wiele się nie działo i chyba nie ma co komentować. 🙂 Myślę, że jestem dość zadowolona z tych 12 miesięcy. Mimo wiejących po świecie huraganów, śmierci w moim najbliższym otoczeniu, frustracji z tak przyziemnych powodów, jak niemożność wyjścia do kina, knajpy, a teraz nawet na siłownie. Biorąc pod uwagę to wszystko, poradziłam sobie całkiem nieźle. Nie zwariowałam, a raczej w ostatnich miesiącach wręcz się uspokoiłam (ale to składam na karby zbawiennego działania jogi i medytacji – kolejny powrót), udało mi się zaliczyć trzy wspaniałe podróże do cieplejszych krajów i jedną nad nasze polskie morze. Wszystkie te wyjazdy świecą jak jasne punkciki w przestrzeni minionego roku. 

Parapet znowu zaliczył śpiączkę, ale to akurat nic nowego, ten blog powinien się nazywać “wieczne powroty”, ale taka nazwa jest już zajęta, przynajmniej na Instagramie. 😉 Pod koniec roku jednak się ożywiłam, a to wszystko za sprawą nowego projektu, który ogarniam razem z Anną Karczewską. Nagrywamy wspólny podcast o książkach pod szyldem ArtRage.  Podcast nosi nazwę “Co się nawinie”, nagrałyśmy już cztery odcinki i póki co bawimy się przy nim przednio. 

Jeśli w tym momencie masz już dość czytania i wolałbyś pójść robić sobie kanapkę z serkiem, to możesz kliknąć poniżej i podsumowania roku (mojego i Anny)  posłuchać, w wyżej wspomnianym podcaście. 😀 Fajnie, co? 

 

Jaki to był rok jeśli chodzi o moje czytanie? Bardzo marny! Czytałam mało, najmniej od kilku dobrych lat, wbrew temu co by się mogło wydawać, że niby więcej siedzimy w domu – chociaż u siebie przesadnie tego “więcej w domu” w czasie wolnym nie zauważyłam. Bardzo dużo pracowałam, były miesiące, że normą było 10-11 h przed komputerem, a po dodaniu do tego robienie posiłków, jako takie ogarnięcie siebie i wokół siebie oraz jakiś rodzaj treningu – no to zostawało zero minut na czytanie. Praca z domu sprawiła, że trochę ugrzęzłam w nadgodzinach, ale od stycznia 2021 mam żelazne postanowienie, żeby takich akcji nie powtarzać. 

Poniżej znajdziecie listę tytułów, które zapadły mi w pamięć. Nie jestem natomiast w stanie wyłonić żadnych miejsc na podium, ani zrobić kategorii, jak w poprzednich latach.


 

1.Klas Ostergren, Gentelmani, tłum. Anna Topczewska, wyd. Dodo Editors

To najlepsza powieść, jaką przeczytałam w tym roku. Napisana z epickim rozmachem, pełna humoru i ironii historia braci Morgan (z których jednego, gdybym go tylko spotkała, kochałabym jak nienormalna) opowiedziana przez… fikcyjnego Klasa Ostergrena, który jest trzecim głównym bohaterem w książce. Fabuła obejmuje niemal cztery dekady, ale główna część dzieje się na przełomie lat 60. i 70. Wspaniale oddany duch czasów, precyzyjnie namalowany Sztokholm oraz nastoje społeczno-polityczne. Ta szeroka panorama społeczna jest tłem dla, można w zasadzie powiedzieć, powieści sensacyjnej. Należy podkreslić dwoma grubymi kreskami, że wielkie brawa należą się tłumaczce. Ksiażkę czyta się tak, jakby została napisana po polsku. Świetny język, wyraziści bogaterowie, wszystko w Gentelenach jest, co być powinno. 

2. Agnieszka Pajączkowska,Wędrowny zakład fotograficzny, wyd. Czarne

Ciekawa sprawa z tą książką, bo mimo, że czytałam po niej kilka dużo bardziej wstrząsających, trudnych książek – w tym reportaży – to jakoś obrazy z Wędownego zakładu… ze mną zostały. Rozmowy autorki z ludźmi mieszkającymi na zabitych dechami wsiach, na pograniczu, zapoczątkowały moje zainteresowanie tematem pogranicza i przesiedleń powojennych. W 2021 roku mam zamiar więcej czytać na ten temat. Pajączkowska w zamian za zdjęcie prosi napotkanych ludzi o ich historie i tworzy dla nas przepiękne portrety, czasem bardzo lakoniczne, czasem obfitujące w szczegóły. Po Zakładzie ostało mi uczucie przyjemności z czytania, chociaż nadal twierdzę, że można byłoby książkę odchudzić o 100 stron i tylko by na tym zyskała. 

 

3.  Etgar Keret, Usterka na skraju galaktyki, tłum. Agnieszka Maciejowska, wyd. Literackie

Keret jak nikt potrafi opowiadać o smutnych rzeczach, bawiąc czytelnika. O tych “rysach na zderzakach duszy”, jak to opisuje w jednym z opowiadań. 

Precyzyjny oszczędny język służy mu do pokazania w zasadzie śmieszności i małości ludzkiego życia i tych wszystkich niezmiernie ważnych spraw, którymi się zajmujemy. Pokazuje i nie ocenia, głaszcze raczej, jakby mówił: Widzisz, inni też tak mają. Celność jego obserwacji i trafność niektórych puent i metafor znowu mnie nie rozczarowała. Nie wiem, czy to najlepszy zbiór opowiadań Kereta, chyba nie ma czegoś takiego. Gośc po prostu trzyma dobry poziom. 🙂

 

Życie jest jak niski brzydki stolik zostawiony w salonie przez poprzednich lokatorów. Przeważnie go dostrzegasz, pamiętasz, że tam jest, uważasz, ale możesz też czasami zapomnieć i wówczas jego kant wbija ci się w udo lub w kolano, a wtedy boli. I zawsze niemal zostawia ślad. Kiedy palisz, nie sprawisz tym, że niski stolik zniknie. Nic poza śmiercią tego nei sprawi. Ale doby buch może spiłowac kanty, zaokrąglić je nieco. I kiedy zawadzisz, boli dużo mniej. 

 

4.  Sigitas Parulskis, Ciemność i partnerzy, tłum. Izabela Korybut-Daszkiewicz, wyd. Czarne 

Jej, jak mnie ta powieść wymiętoliła. Wygniotła, wymemłała, wytarmosiła. Autor osiągnął, zdaje mi się, to co chciał – zbliżył się do samiutkiej granicy tego, co może czytelnik przełknąć, granicy ryzyka, granicy wstydu, dobrego smaku, przegięcia. Książka o Vincentasie, litewskim fotografie, który w czasie II wojny światowej zawiera prawdziwy pakt z diabłem. W zamian za ocelenie swojego życia i swojej ukochanej, żydowskiego pochodzenia, dołącza do nazistów i fotografuje masowe egzekucje Żydów. Na Litwie podczas wojny zamordowano 94% żydowskiej ludości. 

Parulskis wciąga na dno bagienka jakim jest ludzka słabość i bierność, a jednocześnie nie daje oczywistych odpowiedzi. Chociaż wiele razy miałam ochotę przerwać lekturę i wziąć do czytania coś innego, to jednak nie mogłam. “Nie bądź letni, jest napisane, bo cię zwymiotują. Ci letni są właśnie najgorsi”.

 

5. Soren Gauger, Rzeczy niewysłowione, wyd. Nisza (współpraca Paweł Rogala)

 

Ależ to była dziwna, hipnotyzująca, skondensowana, świetnie skrojona książka.
Soren Gauger to pisarz i tłumacz kanadyjski mieszakjący od 20 lat w Polsce (i książka powstała po polsku). Rzeczy niewysłowione to satyra, groteska na antropologizowanie terenów odległych, na białego człowieka odkrywcę i siewcę cywilizacji, na wszystkie te antropologiczne metody poznania. Brytyski antropolog, zgorzkniały, raczej karykatoralny i budzący śmieszność, zostaje wysłany do dżungli z misją poznania zwyczajów jakiegoś pleniemia. Dostaje ekipę innych badaczy, którzy są – powiedzmy to sobie od razu – bandą świrów. 😀 Z każdą kolejną stroną zaczynamy się zastanawiać, kto tu wymaga uzywilizowania i kto tu kogo poddaje obserwacji. 

Poza bardzo ciekawą treścią, gauger oferuje nam także wyjątową formę: czytelnik dostaje rozdziały ułożone nielinearnie, w – zdawałoby się – przypadkowej kolejności. Bardzo fajny zabieg. Opowieść początkowo śmieszna, z czasem przestaje bawić i zaczyna dawać do myślenia. 

 

6. Raymond Queneau, Zazi w metrze, tłum. Maryna Ochab, wyd. PIW

Tytułowa Zazi – po trosze Alicja z Krainy Czarów, a po trosze Lolita Nabokova – przyjeżdża na dwa dni do Paryża z zamiarem przejechania się metrem. Metro jednak nie jeździ – strajk. Od tego zaczyna się jakże barwa historia przygód dziewczynki, których jest tyle, że ciężko uwierzyć, że zdarzyły się w niecałe dwa dni.

Ta krótka powieść o bardzo ciekawej kompozycji może być czytana na wielu płaszczyznach. Może być dla nas oczywiście po prostu zabawną historią, która umili nam trzy wieczory, ale można pokusić się o sięgnięcie głębiej. Zazi mówi nam wiele o języku i jego wielorakich funkcjach, o posługiwaniu się w mowie kliszami, komunałami, wreszcie o pisaniu jako takim (przy użyciu tego samego języka przecież), Queneau obśmiewa przywary Francuzów.

Queneau nawiązuje do wielkiej francuskiej tradycji pisania o niczym – powiedział Jan Gondowicz. Bohaterów nie da się lubić, a książka nie opowiada żadnej sensownej historii. Queneau opisuje ludzi, którzy są niczym: nic nieznaczące przygody nie nieznaczących ludzi.


Wyszło tak, że opisałam ostetecznie inne książki, niż w podsumowaniu roku w podcaście (poza dwoma tytułami), więc zachęcam do wysłuchania czwartego odcinka “Co się nawinie” i tak. Poza tym, podobo jesteśmy zabawne. 😉 

A.

 

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x