W ciemność – Anna Bolavá

Duszne poddasze. Szelest ziół rozgarnianych podmuchami wiatru, który dostaje się przez obluzowane dachówki. Pojedyncze snopy światła, kąty w głębokim mroku.

Zaraz potem zalana słońcem ulica, asfalt uginający się pod ciężarem upału, włosy lepiące się do szyi, szpilki światła  kłujące prosto w źrenice.

Cisza. Jest tak cicho, że słychać tylko dudnienie krwi w skroniach i bzyczenie owadów. Ktoś jest tutaj ze mną, bardzo blisko. Chciałabym się rozejrzeć, ale głowę mam zbyt ciężką, a ciało całe z ołowiu. Wszystko mnie boli.

Próbuję zamknąć oczy i nie być.

Tak naprawdę, to już po pierwszych stronach czułam, że zakończenie tej historii może być tylko jedno. Niepokój kiełkował we mnie jednak powoli. Ze strachu przed tym, co może mi ta książka zrobić, początkowo próbowałam ją trywializować. Poznałam kobietę w średnim wieku, bez rodziny, bez przyjaciół. Ta kobieta – Anna – od lat zajmuje się hurtowym zbiorem ziół, które co wtorek sprzedaje w lokalnym skupie. Co właściwie więcej o niej wiedziałam? Może jeszcze tyle, że jakiś czas temu rozstała się z mężem, że trudno jej nawiązywać relacje z innymi ludźmi, że dorabia sobie pisząc tłumaczenia dla praskiej agencji, wreszcie, że miłość do ziół zaszczepiła w niej babcia.

Funkcjonuje od wtorku do wtorku, kiedy może oddać do skupu worki pełne szelestu i wrócić do domu z pieniędzmi. Tak, Anna nie zbiera ziół dla samego faktu posiadania. To jej sposób na życie, zawód, cel istnienia.

Człowiek, który zbiera zioła, zawsze ma zbyt mało czasu , stopniowo zaczyna tracić zmysły. Nieustannie pragnie uchwycić istotę piękna każdego z gatunków i to obraca się przeciwko niemu. Człowiek, który naprawdę kocha zioła, jest inny niż wszyscy i z czasem przestaje o tym mówić.*

Anna jest chora. Przede wszystkim chora fizycznie. Powoli sinieje całe jej ciało, wypadają włosy, nie ma apetytu, nawracają silne bóle głowy.

Anna nie rozumie świata zewnętrznego, a świat nie rozumie Anny. Ucieka więc od niego, broni się rękoma i nogami przed wszelkimi intruzami, którzy mogliby naruszyć jej spokój, zburzyć równowagę. A ta równowaga to zioła. Ich niczym niezmącony rytm pojawiania się i odchodzenia, ich niezmienne miejsce kwitnienia. Równowaga, to też cotygodniowa wyprawa do skupu z workami pełnymi dziurawca, wiązówki, nagietka. Spokój to poddasze pełne kwiatów i liści.

Anna jest chora. Wyhodowała sobie w środku trującą roślinę, która zagarnia ją coraz bardziej dla siebie. Ta roślina to obsesja, jej destrukcyjny świat wewnętrzny. Początkowo można ignorować rozrastanie się rośliny. Ciemność zamyka się nad Anną tylko raz na jakiś czas, wycina kilka godzin, może dzień z życia. Potem nie pamięta co się działo, ale to przecież nic takiego. W pewnym momencie następuje jednak przesilenie i nie ma powrotu. Są już tylko zioła, tylko upał, tylko ból.

W powieści Bolavej jest duszno, koszmarnie duszno i gorąco. I cicho ciszą, która dzwoni w uszach. Im bardziej zagłębiałam się w historię zielarki, tym bardziej czułam, jak zawęża się moje pole widzenia. Wchodziłam w lepką mgłę, przestałam odróżniać czy jest poranek czy wieczór, jaki mamy dzień tygodnia. Wyraźne pozostały już tylko skrzyp, babka, rumianek.

Łapię za rączkę i wytężam resztki sił. Skradam się w stronę domu bez zwracania na siebie uwagi. Przyczepka jest przepełniona, zioła leżą w nieładzie. Liście wciąż wysypują mi się po drodze, ale wszystko mi jedno. Zostawiam za sobą rozpaczliwe ślady, może w cichej nadziei, że pójdzie po nich ktoś, kto mnie ocali. Niepozorne, słabiutkie pragnienie, które umiera, zanim jeszcze narodzi się na dobre, i nie wypływa nigdy na powierzchnię. Jestem z tym sama – i tak właśnie ma być.

Anna Bolavá napisała wyjątkowe studium rozpadu człowieka. Bardzo mroczne, o dużej mocy oddziaływania na czytelnika. Autorka powiedziała w jednym z wywiadów, że dobra książka musi być jak policzek; musi zaboleć.

W ciemność boli.

Boli jak cholera, jak obumierająca dłoń, jak rozerwana skóra, jak głęboka samotność. Bo o tym właśnie jest ta opowieść – o samotności, o ludzkiej obojętności, o koszmarnej rozpaczy. O tym, jak wiele potrafimy wytrzymać, jeśli kieruje nami wewnętrzna siła. Jak się potrafimy obudować twardym murem, żeby nie czuć, nie tęsknić.

Fascynująca i przerażająca naprzemian, W ciemność mówi do czytelnika obrazami i krótkimi zdaniami. W sposobie prowadzenia narracji czuje się, że autorka jest poetką. Wiele w tym tekście metaforycznych, niedosłownych scen. Niepewości, czy to co dzieje się teraz jest iluzją, czy prawdą.

Przy tym wszystkim Annie Bolavej udało się stworzyć bohaterkę, z którą tworzy się więź i którą chce się ocalić. Próbowałam to zrobić. Zakląć rzeczywistość, wyciągnąć do niej rękę. Ona jednak tej ręki nie przyjęła. Pozwoliła mi jedynie towarzyszyć sobie w tej szalonej drodze. W ciemność.

Hipnotyzująca, sugestywna, zapadająca w pamięć proza. Polecam.

Żal mi tych wszystkich ziół, których nie zbiorę, w ogóle wszystkich rzeczy, które istnieją. Tego, jak jest świat – tego, że jestem i nie jestem z nim.

PS Tak naprawdę, to cały czas miałam ochotę ją przytulić. I do teraz nie wiem, czy ona była tak odważna, czy tak zrozpaczona. Czy może jedno i drugie.

PPS Nie umiałam o tej książce napisać inaczej.

A.

W ciemność, Anna Bolavá,  tłum. Agata Wróbel, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2017

*wszystkie cytaty pochodzą z omawianej książki


Więcej o autorce (m.in. co oznacza po czesku jej pseudonim artystyczny Bolavá i dlaczego nazwała swoją bohaterkę własnym imieniem) przeczytacie u Ani z Literackich Skarbów – KLIK