Tu i teraz – marzec 2018

Teraz to już się nawet śmieję. Ten 2018 to chce mnie albo wyrzucić na zakręcie z pociągu albo dać do zrozumienia, że nie ma w nim miejsca na żadne wymysły typu slow life. Slow… what? Jest koniec marca, a ja z niedoczasu miałam wyjść najpóźniej w lutym. Nie wiem co się dzieje.

Czuję się zawieszona w przestrzeni. O ile w lutym czułam się kompletnie przytłoczona nadmiarem obowiązków, a przede wszystkim ilością rzeczy do pamiętania, tak teraz mam poczucie, że jest nieco lepiej. Podstawowe tematy mam pod kontrolą. Wciąż jednak nie wiem czy uda mi się wrócić do efektywnego pracowania i zarządzania czasem jak na jesieni, czy też pozostanę w schemacie z poprzedniego miesiąca. Znacie tę lekka panikę, kiedy kładziecie się do łóżka i macie poczucie, że o czymś zapomnieliście, tylko nie wiecie o czym? No, to ja ostatnimi czasy. 😉
Psychicznie natomiast można powiedzieć, że czuję się całkiem dobrze :). Sama ze sobą i z ludźmi wokół mnie.

Chciałabym więcej pisać. Od początku roku napisałam tylko 12 tekstów, z czego 11 opublikowałam, a jeden zostawiłam w tzw. szufladzie. Mam poczucie, że trochę to spycham na dalszy plan, jak już zrobię swoje 105 innych spraw. 😉 Myślę, że w kwietniu muszę sobie wyznaczyć jakiś dzienny czas na obowiązkowe siedzenie przed klawiaturą. Od czekania na wenę to tylko kwiatki więdną, a efekty marne.

Pierwszy raz wygrałam coś dużego! A mianowicie cały cykl Mojej walki Karla Ove Knausgarda. Dawno temu czytałam pierwszy tom, egzemplarz z biblioteki, więc nagroda jest bardzo trafiona. Nie mam natomiast pojęcia, kiedy będę miała na Knausgarda czas. Ostatnio znowu uległam pokusom i zalały mnie książki do czytania i recenzji.
Teraz już tylko czekam, aż wygram wycieczkę po norweskich fiordach! 😀

Cieszę się, że nie tylko pracowałam w marcu. Udało mi się pójść na retransmisję spektaklu Młody Marks w ramach cyklu National Theatre Live w Multikinie. Inscenizacja przygotowana na deskach The Bridge Theatre w Londynie doprowadziła mnie do łez (ze śmiechu) i świetnie pokazał postać Marksa sprzed okresu jego największych sukcesów, ukrywającego się w londyńskim Soho. Będzie znów do obejrzenia w maju, gorąco polecam. Pod koniec miesiąca z kolei obejrzałam sztukę przygotowaną przez czeskiego reżysera Jakuba Kroftę Pociągi pod specjalnym nadzorem, inspirowaną książką Hrabala pod tym samym tytułem. Udało się stworzyć coś świeżego, innego niż film i książka, lecz spójnego i w iście hrabalowskim klimacie.
Spektakl mogłam obejrzeć dzięki uprzejmości Mazowieckiego Instytutu Kultury i był on zwieńczeniem festiwalu Polsko-czeska wiosna literatury.

Nauczyłam się odpoczywać jeśli tego potrzebuję, nawet kiedy w domu jest bałagan, zlew pełen naczyń i nieodkurzona podłoga. Ja wiem, że to może wydawać się zabawne, ale kiedyś bym nie potrafiła położyć się mając chaos wokół siebie, nawet gdybym była nie wiem jak zmęczona. Uczę się magicznej sztuki odpuszczania i chyba coś kliknęło. 🙂

Pracuję nad jednym z paneli na tegorocznym Big Book Festiwalu :). Już niedługo zostanie ogłoszony program i będę mogła wszystko zdradzić (póki co możecie zobaczyć 17 zagranicznych pisarzy, którzy odwiedzą Warszawę w czerwcu z tej okazji). W marcu pracowałam też nad uporządkowaniem swojego mieszkania, wyrzuciłam trochę zbędnych rzeczy, wymieniłam te, które się sypały. Została mi jeszcze najgorsza część, czyli szafa na ubrania.

Jestem dumna z faktu, że będę brała czynny udział w promowaniu kameralnych księgarń podczas Warszawskiego Weekendu Księgarń Kameralnych. Będę wspierać akcję nie tylko wirtualnie. Na jeden dzień zamienię się w księgarkę i będę polecać parapetowe książki w pewnej uroczej, warszawskiej księgarni. Szczegóły wkrótce! 🙂

Oglądam

Wyjątkowo mało oglądałam w marcu. Z ciekawszych filmów mogę polecić dwa: Omar, czyli palestyńska produkcja o konflikcie izraelsko-palestyńskim. Trochę momentami zalatuje melodramatem, ale trzyma w napięciu i końcówka zasługuje na brawa. Drugi film to Smak wiśni, irańskiego reżysera, który hipnotyzuje widza statycznymi i długimi ujęciami. Coś zdecydowanie dla cierpliwych. Można sobie przy tym filmie pomyśleć o istocie życia i trochę pomedytować.
Wróciłam też do jednego z moich ulubionych seriali kryminalnych (jak się zastanowić, to chyba jest po prostu najlepszy). Endeavour to brytyjski kryminał, którego akcja osadzona jest w Oxfordzie w latach ’60. Maj-ster-sztyk pod każdym względem: wizualnie, muzycznie, fabularnie, aktorsko.

Czytam

W marcu przeczytałam w całości trzy książki i oczywiście kilka mam rozpoczętych. Duże wrażenie zrobił na mnie Niepocieszony Kazuo Ishiguro. To historia w oparach absurdu, która najpierw wywołuje śmiech i niedowierzanie, ale im głębiej w nią wchodzimy, tym bardziej czujemy jej ciężar i smutek. Ostatecznie śmiejemy się już tylko przez łzy. Literacko świetna robota, a przy tym naprawdę wciągająca fabuła.

Równie duże wrażenie, tyle że na minus, wywołał wychwalany przez wszystkich Patrick Melrose Edwarda St Aubyna. Już wiem, że mój pogląd jest osamotniony, ale uważam, że to jest bardzo, bardzo zła książka. Powiem więcej, to jest najgorsza powieść jaką czytałam w ciągu ostatnich dwóch lat, momentami doprowadzała mnie do furii! Bełkot, narkomańskie wizje, pustota, nic. Obraz głębokiej patologii – z pewnością, jednak przedstawiony w koszmarnie nudny sposob. Autor uznał, że jeśli będzie epatował okrucieństwem i opisami balansowania głównego bohatera na krawędzi (wiadomo, ojciec go molestował, on uprawia autodestrukcję za pomocą narkotyków), to uzyska efekt szokowy. Tyle, że przegiął. Nie ma w tej powieści grama subtelności, wszystko jest dosłowne i w tej dosłowności nudne i przewidywalne. Należę do wrażliwych czytelników, doceniam małe i oszczędne sceny, przy nich się wzruszam (od razu przychodzi mi do głowy minimalistyczna, surowa proza Idy Linde i jej Jeśli o Tobie zapomnę, stanę się kimś innym).  Nie wzruszyłam się przy Patricku.

Słucham

Odkryłam niedawno zespół Rainbow Kitten Surprise i słucham ich na okrągło. Tutaj taka mała probka.

A jak Wasz marzec? Był łaskawy czy raczej pokopał po kostkach? 

PS Lena Wadera przypomniała wczoraj mój tekst o GrandhoteluAleż to jest była książka.

A ja się z nikim nie biłem. Jeśli już, to tylko z samym sobą. I może dlatego biłem się tak mocno. To tak na marginesie. – Grandhotel