Światy nasze połączone

Zazwyczaj ciągle coś robimy. Obowiązki te prawdziwe i te wymyślone piętrzą się jak gary w zlewie i cudownie namnażają. Ledwo obrócę się z usatysfakcjonowaną miną od świeżo wypucowanego i wyczyszczonego stołu, zrobię dwa obroty wokół własnej osi, a tu ciach. Są tam znowu. Obowiązki.
Niby rozmawiamy, opowiadamy jak minął nasz dzień, tydzień i miesiąc, ale każde z nas pozostaje w swoim, zamkniętym dla innych świecie. Bliscy nie mają tam dostępu, choćby nie wiem jak staralibyśmy się im opowiedzieć jak wygląda nasz dzień, co czujemy kiedy pacjent miesza nas z błotem, kiedy klient dzwoni o 22 w sobotę, jak stresuje nas nowy projekt.

Co byśmy sobie nie mówili i jak nie wspierali, nigdy nie będziemy nawzajem w swoich światach. Każdy z nas musi się z nim mierzyć sam, dzień po dniu.

Ale są takie momenty kiedy czuję, że te nasze światy nasze są połączone. Dochodzi do trudnej do logicznego wytłumaczenia fuzji, niemal symbiozy. Nie umawiamy się, ale po śniadaniu  po kolei wszyscy lądujemy na hamakach z książkami. Ja z Morrison, mama ze Stasiukiem, tata z Miłoszewskim. Ktoś robi kawę i przynosi ją do ogrodu. Podajemy sobie z rąk do rąk blaszane pudełko z ciastkami migdałowymi. Momentami przysypiamy, kołysani szumem liści wysokich klonów nad naszymi głowami. Sielsko. Jak w książkach, tyle że naprawdę. Każde z nas pozostaje w innym, literackim uniwersum, jednak niewiele jest innych momentów kiedy pozostajemy tak blisko siebie.

Piękne, ulotne momenty. Trzeba podgrzać zupę. Chwila uciekła.

 

Czujesz podobnie? To polecam jeszcze lekturę równie krótkiego, ale ważnego dla mnie wpisu Jak pokochałam polską wieś.