2017

podsumowanie-2017

Podsumowanie 2017.

Prywatnie trudny, ale ostatecznie wzmacniający.

Książkowo bardzo udany, dawno nie przeczytałam tak wielu dobrych tytułów w ciągu dwunastu miesięcy. Co najmniej 4 książki wskoczyły na listę książek dotychczasowego życia, jeśli ktoś kiedyś kazałby mi takową skomponować.

Blogowo również nie narzekam na siebie tak bardzo, jak w roku ubiegłym. Pomimo wiatru w twarz udało mi się zrealizować część zamierzonych celów, więcej pisać, współorganizować pierwsze w Warszawie spotkanie blogerów literackich, nawiązać kolejne współprace z wydawnictwami oraz (a może przede wszystkim) określić się co do profilu bloga. No to lecimy!

Podsumowanie książkowo-blogowe roku 2016 TUTAJ

 Książki 2017

zaskoczeniem roku okazał się być zbiór opowiadań Pan wszystkich krów Andrzeja Dybczaka. W zasadzie zaczęłam z grzeczności, bo książkę dostałam od pani Krystyny z Wydawnictwa Nisza, której bardzo zależało, żeby dotarła do szerszego grona osób. Spodziewałam się przeciętnego, polskiego w swej polskości zbiorku historyjek własnych. Zaczęłam i moje oczy rosły z każdym opowiadaniem. Poruszająca wrażliwość, imponujący zmysł obserwacji, hipnotyzujący smutek. Bardzo, bardzo dobre.

czasopożeraczem roku był zdecydowanie Idiota Dostojewskiego. Czytałam do od lutego do maja, do tego w trzech możliwych nośnikach – papierze, ebooku i audiobooku. To chyba wchodzi do księgi rekordów.

wzruszenie roku to bez najmniejszych wątpliwości Grandhotel Jaroslava Rudiša od Książkowych Klimatów. Książka dla mnie wyjątkowa, która faktycznie doprowadziła mnie do łez wzruszenia co najmniej dwa razy. Zdaję sobie jednak sprawę, że to proza nie dla wszystkich. Nie znajdziecie w niej wartkiej akcji, punktu kulminacyjnego w powszechnym tego sformułowania znaczeniu, ani rozbudowanych scen. To książka dla tych, którzy docenią wagę scen małych, oszczędnej scenografii, dwuznacznych słów. Jaroslav Rudiš stworzył poezję prozą.

odkrycie roku, i już płynnie przechodzimy do kolejnej świetnej książki (na prawdę tyle ich było?!), to Pascal Garnier. Wydawnictwo Claroscuro dało nam tłumaczenie jego książki Jak się ma twój ból? i jest to jedyna przełożona na polski książka pisarza, choć napisał ich ponad 50. Poruszona byłam zdolnościami w operowaniu językiem jak skalpelem, trafnie, żadne słowo nie jest tu zbędne. Opowieść-metafora o samotności i potrzebie bliskości. Pięknie się ją czyta i pięknie o niej później myśli. Uważny czytelnik znajdzie w niej nie jedną przestrogę. Czekam na kolejne przetłumaczone książki Garniera, bo niewątpliwie jest on moim odkryciem.

rozczarowanie roku, żeby przerwać na moment to pasmo słodyczy, to niepodzielnie Po trochu Weroniki Gogoli od Wydawnictwa Książkowe Klimaty. Generalnie przeczytałam jeszcze kilka słabszych książek w tym roku, ale tutaj rozczarowanie wynika raz, że z marności literackiej, dwa – z oczekiwań. Tyle się o tej książce pisało dobrego, że zasiadłam do lektury jak do włoskiej uczty, gotowa na niebiańskie doznania… a tu klops. Słabe wykonanie, płaska bohaterka, nie wiadomo po co ta książka powstała.

najlepsza krótka historia to delikatny i subtelny Rosso Istanbul Ferzana Özpetka, debiut literacki tureckiego reżysera. Czyta się to trochę jak prywatne zapiski, trochę jak scenariusz filmowy. Bardzo plastycznie i obrazowo pisze Özpetek. Książka elegancka, wysmakowana. Warto ją przeczytać choćby po to, żeby sprawdzić co w was obudzi, może nie od razu, ale po jakimś czasie. Dla mnie najpierw to była historia o relacji z ojcem, potem – historia o miłości do Stambułu. No sami widzicie, zależy pod jakim kątem się na Rosso spojrzy, widzi się coś innego.

nagroda za powieść roku, po wewnętrznych bojach, zostaje podzielona, ponieważ nie byłam w stanie się zdecydować. Kolos Finna Alneasa, wydawnictwa Wielka Litera. Czytałam go niepoprawnie długo, choć to literatura okazała się być wybitna. Jedna z tych przekornych książek, wystawiających nas na wielokrotne próby, czy porzucimy ją, czy też na odwrót, wytrwamy pomimo trudności. Ja wytrwałam i nie żałuję. Była ze mną prawie dwa miesiące, choć ostatnie 100 stron czytałam jak w gorączce, przez 3 noce, błagając w duchu, żeby autor uśmiercił mojego bohatera, bo nie mogę już znieść jego losu, a z drugiej strony kurczowo trzymając kciuki za cudowna odmianę jego losu. Kolos wytargał mnie za włosy, wymęczył psychicznie. Ale było warto. Niesamowicie realistycznie odmalowany obłęd, niepostrzeżenie wchodzimy w jego szpony razem z bohaterem i już się z niego nie wydostajemy.
Skłonnych do refleksji Alneas postawi przed trudnymi pytaniami o winę, odpowiedzialność, karę, moralność, człowieczeństwo. Kto jeszcze pisze takie powieści. Ta postała w latach ’60, może wtedy ludzie jeszcze chcieli rozważać takie kwestie. Polecam na czas, kiedy będziecie sobie mogli pozwolić na czytelniczą orkę.

Ex aequo na tym podium stoi Jazz Toni Morrison. Szkoda, że pisarka Nobla dostała tak dawno, że dziś popadła w zapomnienie, kurzy się w bibliotekach miejskich i nie jest czytana. Mam dziwne poczcie, że stanowi silną inspirację dla tak dziś popularnej Zadie Smith. Jazz to wielogłosowa, barwna historia o afroamerykańskich dzielnicach Nowego Yorku z czasów, kiedy muzyka jazzowa rodziła się na tamtejszych ulicach. Sama powieść napisana jest jak muzyka, zatacza koła, wraca do tych samych motywów, jak do refrenu. Kunszt pisarski i narracyjny. Czytać koniecznie.

wydmuszki roku są dwie, pierwsza to Shantaram G. D. Robertsa, bo naprawdę dało się tę przekoloryzowaną historyjkę napisać na 200 stronach zamiast na 800, bo dywagacje w niej zawarte mające uchodzić na życiowe były śmieszne, bo autor za dużo się o superbohaterach naczytał i zachciało mu się być jednym z nich. Nudne.
Druga to Niksy Nathana Hilla. Mój boże, jeśli ten człowiek pisał to przez 10 lat, to nawet mu współczuję, mógł przez dekadę zająć się czymś zdecydowanie bardziej przydatnym dla ludzkości. Choć jak się zastanowić, to czy można spodziewać się czegoś lepszego po książce, która już na okładce zawiera tę wzniosłą, złotą myśl (nic tylko w ramki i na ścianę w salonie) „To, co kochasz najbardziej, kiedyś zrani cię najmocniej”? Zaczęłam, i podobnie jak przy Małym życiu uznałam, że język mnie odstręcza (bo ja nie mogę czytać, kiedy język mnie nie uwodzi), zamknęłam, wzięłam się za coś lepszego. Strata czasu.

Opowieść o miłości i mroku Amosa Oza i Te chwile Herbjorg Wassmo to dwa tytuły, które zrobiły na mnie duże wrażenie i na potrzeby których musiałam stworzyć dodatkową kategorię, mianowicie powieść autobiograficzną roku. Zupełnie inaczej napisane, Opowieść napisana raczej z dystansu, widok na wiele postaci, matka jako centralny punt historii, zawarte również na tło społeczno-polityczne Izraela połowy XX wieku. Te chwile bardzo intymne, wręcz wchodzimy do głowy autorki/bohaterki pomimo, że ta pisze w trzeciej osobie, chyba po to, aby sobie ułatwić zadanie rozebrania się przed czytelnikiem. Nie umiem wybrać lepszej, były różne, bardzo dobre obydwie.

Moją książką roku zostaje nieodwołalnie Wilk stepowy Hermana Hessego, tyle razy już o niej pisałam, że genialna, że powieść-lustro, że ileż można.

Chciałabym ostatnie zdanie napisać małymi literami, ale się nie da, więc szybko: nie przeczytałam w 2017 ani jednej książki z literatury faktu. Szczerze mówiąc, nie wiem jak to się stało.

instagramowe #2017bestnine
Parapet

Na blogu ukazało się w tym roku 46 tekstów. Cóż, oczywiście, nie jest to powalająca liczba, ale jeśli zestawić to z liczbą wpisów w 2016 (27!) to progres jest i to znaczący. Najchętniej czytaliście tekst o jednolitej cenie książki z punktu widzenia wydawców, wpis (faktycznie świetny) o książkach pod choinkę spod lady i (a jednak) kontrowersyjny tekst o tym, że to co czytamy, ma znaczenie. Później, w statystkach google analytics pokazuję się różne wpisy, które… nie są recenzjami. Ciekawa rzecz, prawda? Już o tym mówił nie raz, nie dwa Rafał Hetman, że najgorzej ze wszystkich tekstów na jego (literackim) blogu, czytają się recenzje.

Spośród recenzji największą popularnością jeśli chodzi o wejścia, cieszyła się ta bardzo krytyczna, o polskiej książce Po trochu, Weroniki Gogoli oraz (w kontraście) bardzo entuzjastyczna – Jak się ma twój ból? Pascala Garniera.

W kończącym się roku wprowadziłam nowe cykle, bardziej lifestylowe: Tu i teraz, Ulubieńców i #SobotyLubięBardziej. Wystartowałyśmy również z trzema innymi dziewczynami z cyklem rozmów, które ukazywać się będą na naszych blogach przy różnych okazjach. Zaczęłyśmy od rozmowy o Świętach. Ruszyłam także aktywniej z newsletterem i powoli zbieram grupę subskrybentów.

Zobacz najchętniej czytany tekst na blogu, o spojrzeniu wydawców na jednolitą cenę książki – TUTAJ.

W tym roku Parapet obchodził również swoje drugie (ale jakby pierwsze) urodziny. Obchodził z pompą, były prezenty nie tylko książkowe, ale też te zrobione przeze mnie na drutach. Napisaliście mi też wtedy tyle ciepłych słów, że energię z nich czerpię do dzisiaj.

W podsumowaniu 2016 pisałam o tym, że szukam pomysłu na siebie i bloga. Myślę, że dziś już złapałam ten pomysł. Chce pisać o książkach niszowych, szerzej nieznanych, promować małe, również te dopiero kiełkujące wydawnictwa. Pod prąd, jak zawsze pod prąd! To bardzo zgodne z moją osobowością,  sądzę, że nie dało się innego profilu bloga ostatecznie wypracować.

Co dalej? Dalej w zasadzie kontynuacja dobrej passy, którą podłapałam w grudniu. Mam wiele pomysłów na teksty, plan na regularne pojawianie się wspomnianych wyżej cykli lifestylowych, kolejne wydawnictwa do rozpoczęcia współpracy, duuużo książek czekających na recenzję.

Wydarzenia

Razem z Klaudią i Mają zorganizowałyśmy w listopadzie pierwsze tego typu wydarzenie w Warszawie. Mianowicie spotkanie blogerów książkowych. Były prelekcje, rozmowy, prezenty od wydawców. Jednym słowem – działo się! Jestem z nas dumna, że tak dobrze poradziłyśmy sobie z organizacją (jak na pierwszy raz). Planujemy już kolejną edycję, myślę, że z czasem może wyjść z Literackiej Stolicy, bo tak nazwałyśmy to wydarzenie, coś naprawdę ciekawego!

Zobacz relację z pierwszej edycji Literackiej Stolicy TUTAJ.

Poza tym, byłam w tym roku na Targach Książki w Warszawie, Big Book Festiwalu również w Warszawie i Conrad Festiwalu w Krakowie. Do tego pierwszy raz wpadłam do Gdyni na See Bloggers. Było zabawnie, ale największą wartością dodaną z tej akurat imprezy są trzy świetne dziewczyny, z którymi trzymam kontakt do dziś. (to one :)) Zabrakło Literackiego Sopotu, bo termin mi jakoś w tym roku kolidował z innymi sprawami.


Podsumowanie blogowo-książkowego roku się w tym miejscu kończy. Jak widzisz, było intensywnie i ciekawie, mam nadzieję, że za rok lista rzeczy, o których będę chciała wspomnieć, będzie jeszcze dłuższa.
Niżej to już tylko prywata, dla szczególnie zainteresowanych. 😉

2017 dał mi nowe…

rozczarowanie. Bo znowu ktoś miał być moim falochronem, a nie był. Ale może to dobrze? Może konfrontacja ze sztormem sam na sam dała mi ostatecznie poczucie stabilnego gruntu, pewnego stania na własnych nogach. Z cynicznym uśmieszkiem na ustach obracam w ustach zdanie o egzaminie z algebry (patrz „na koniec”), ale z kolei z drugiej strony 2017 dał mi też nowe…

przyjaźnie. Myślałam, że po studiach to się już nie zdarza. Nowa, babska przyjaźń. A okazuje się, że to bzdura, że zdarza się, tylko trzeba dać im szansę. Bardzo jestem wdzięczna za to, że je mam 🙂

umiejętności. Nauczyłam się robić na drutach, zaczęłam ćwiczyć jogę. I z tego jestem dumna.

doświadczenia. Pierwszy raz pojechałam gdzieś zupełnie sama. To znaczy nie zrozumcie mnie źle, kiedy byłam dzieckiem latami jeździłam sama na obozy, ale teraz było to coś zupełnie innego. Pojechałam sama na Lawendowe Pole, na warsztaty alchemiczne. I czułam się sama. Totalne odludzie. Spałam w domku oddalonym od miejsca warsztatów o 20 minut szybkim marszem, trasa przez łąki. Cisza. Dzień po przyjeździe obudziłam się o 5 rano, nałożyłam dwie bluzy, wzięłam aparat fotograficzny i słuchawki, i poszłam przed siebie. Miałam uczucie, że cały świat śpi, a tylko ja jestem. Jestem. Wspaniały moment i na długo go zapamiętam. To chyba właśnie wtedy, kiedy wschodziło słońce, a ja stałam na pagórku między łąkami poczułam, że sztorm mnie już nie zmiecie.

Na koniec

Dziękuję Wam, że tu przychodzicie, komentujecie, piszecie do mnie czasem parę słów. Jestem zaskoczona, że miałam aż tyle do napisania o tym, co na przestrzeni kończącego się roku wydarzyło się na blogu. Bardzo wiele jak widać! Jestem z siebie zadowolona, a to w sumie rzadkie zjawisko.

Życzę i Wam i sobie, żeby 2018 był równie bogaty w dobre lektury i żebyście z Parapetu czerpali wiele książkowych, ale nie tylko, inspiracji!

PS.

Na podsumowanie 2016 napisałam sobie, że „przyjaźń to coś, jakby klasówka z algebry, której nikt nie zdaje” (Shantaram). Dzisiaj myślę, że nawet jeśli, to nic, trudno, już mnie tak to nie boli. Przecież nie trzeba w życiu wszystkich egzaminów zaliczyć.
Na koniec 2017 piszę sobie zatem, że „bardzo rzadko jakaś rzecz jest długo poważna; szczególnie nocą; noc przesadza”.

Żegnam Cię, 2017, bez żalu, bez łez. Jednak nie będę tęsknić.

A.


  • Miło patrzeć na Twój rok 🙂 Na każdy element, który buduje Parapet i dzięki któremu staje się on niepowtarzalny. Dzięki za to miejsce w sieci <3

  • Bardzo podoba mi się to podsumowanie i podoba mi się to, że Tobie pozwoliło chyba nieco inaczej spojrzeć na cały rok po niezbyt optymistycznym jego zakończeniu. Zdecydowanie masz być z czego zadowolona. Wpisów może i nie było szalenie wiele, ale były regularnie – blisko jednego na tydzień, czyli w sam raz.

    Z ciekawości sprawdziłem popularność swoich wpisów i potwierdza się prawda, że blogi książkowe czytają głównie blogerzy, bo najlepiej czytał się ten o poprawie stanu blogosfery, a drugi był wywiad z Zacofanym. Ale na czwartym miejscu była recenzja i to dla mnie dość zaskakująca – „Amnezjak” Jakuba Nowaka. Siódme zaś były „Ruiny i zgliszcza” Wellsa Towera. Aż sam nie wiem, co o tym myśleć.

  • Bardzo podoba mi się Twój pomysł na blog – brakuje takich blogów! Będę trzymać mocno kciuki 🙂
    Podsumowanie przeczytałam z przyjemnością – Kobieto, więcej wiary w siebie!

    Zaczytanego (i postępowego) roku życzę 🙂

  • CoZaBadziewny Czytacz

    Dokładnie takie samo zdanie mam o Shantaram – wydmuszka! :/ a miałam takie ogromne nadzieje

  • To nieprawda, ze nie umiesz pisać, jesteś zdecydowanie zbyt samokrytyczna pod tym względem 😉 Piękne podsumowanie i myślę, że mimo tego gorzkiego wydźwięku, to jednak był to dobry rok, bo przekroczyłaś własne granice i sama sobie pokazałaś, że nie zawsze jest tak, jak się wydaje. Trzymam kciuki, by 2018 był jeszcze lepszy 🙂

  • Po naszej wczorajszej wymianie nocnych, nieprzytomnych myśli, spodziewałam się jakichś strasznych smutków i żali, a tu proszę – wszystko ładnie przepracowałaś w swojej głowie i wygląda na to, że stałaś się odporniejsza. To cenna umiejętność, którą powinnaś się dumnie szczycić! 🙂

    No i odpowiedziałaś na moje pytanie, które zadaje sobie od kilku miesięcy: „po co ja ten Grandhotel trzymam na czytniku?” – a odpowiedź niewątpliwie brzmi: „ŻEBY KONIECZNIE PRZECZYTAĆ”. Co też uczynię jak najprędzej. Już pomijam fakt, że wciąż nie czytałam Wilka stepowego i trochę nawet żałuję, że mam faceta, z którym muszę, jak dobra dziewczyna, iść dzisiaj na sylwestra, bo zamiast tego najchętniej zabarykadowałabym się w pokoju pod całym stostem wciąż czekających na swoją kolej książek 😉

    Samych wspaniałości w Nowym Roku!

  • Szwedzka półka

    Faktycznie masz z czego być zadowolona. Bardzo lubię do Ciebie zaglądać – tworzysz naprawdę wyjątkowe miejsce 🙂 Oby tak dalej!

  • Jak wiesz, jestem wrażliwa na słowa, więc muszę zacząć od tego – ależ to pięknie wszystko ujęłaś i ujęłaś mnie tym swoim podsumowaniem!

    Gratuluje znalezienia swojego stylu i tego, co osiągnęłaś blogowo w tym roku – zazdroszczę i czerpię inspirację, żeby się też bardziej rozwijać, zapisuję na listę postanowień. 🙂

    Zapisuję również książkowe inspiracje i aż mnie nóżki swędzą, żeby biec czym prędzej do księgarni i nadrabiać to, czego jeszcze nie czytałam, ale muszę to chyba zostawić na przyszły rok.

    Zazdroszczę też chwili wyjątkowej samotności – kolejny punkt do wpisania na listę postanowień, wyjechać gdzieś samej, bo… czemu nie?

    I życzę dużo, dużo pozytywnych doświadczeń, zmierzania blogowo dalej w tym świetnym kierunku, życiowo zawsze w tym właściwym, żadnych sztormów i wichur, a wiatrów tylko tych na żagle. Najlepszości Olu jeszcze raz! W przyszłym roku z równą przyjemnością będę wpadać na Twój parapet.

  • Olu, dopiero gdy się to wszystko spisze razem, widać, ile zrobiłaś i ile osiągnęłaś, także gratulacje. Choć to na pewno nie wszystko 🙂 Bardzo dobrze jest mi tutaj u Ciebie na Parapecie i lubię sobie na nim przesiadywać z herbatą, nie śpiesząc się nigdzie 🙂 Uśmiałam się z tego, co napisałaś o „Niksach”! 😀 Życzę Ci, żeby 2018 był jeszcze lepszy i ślę ciepłe pozdrowienia 🙂

  • Parapet w tym roku naprawdę bardzo się rozwinął i znalazł swój styl. Widać to nie tylko na blogu, ale i na Fb czy Insta. Mocno kibicuję, żeby w 2018 było jeszcze lepiej. Na pewno będzie dobrze!

    • Ogromne dzięki i za dobre słowo i za wsparcie i promowanie moich tekstów w cyklu Bookmorning 🙂 Doceniam bardzo, to miłe!!

  • Piękne podsumowanie ❤ Już nie mogę się doczekać, co się będzie działo u Ciebie w następnym roku! Ściskam mocno! 😘

    • Dziękuję :* Ja troszkę też, mam nadzieję, że tak się zorganizuję, że nie zabraknie mi czasu na pisanie 🙂 No i jestem ciekawa o czym będziemy rozmawiać następnym razem przy okazji naszego cyklu 😀

  • Słodko-gorzkie podsumowanie. Ale cieszy mnie, że tyle było w tym roku zachwytów czytelniczych, że wiesz na czym będzie się koncentrował Twój blog (przekora, bycie innym, jak bardzo mi się to podoba!;)

    … i że robisz takie piękne zdjęcia, dzięki temu tym przyjemniej spędzam tutaj czas;)
    Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!

    • Dziękuję Beato 🙂
      I mi dobrze z tą jasnością, czym chcę się na Parapecie zajmować.

      I Tobie życzę wszystkiego co najlepsze :*