Po trochu – Weronika Gogola

Na wiejskich podwórkach

Obserwujemy w polskiej literaturze nasilone zainteresowanie opisami realiów lat ’80 i ’90, a szczególnie realiów polskiej wsi tamtych czasów. Powodów jest pewnie wiele, ale myślę że kluczowym jest ten, że pokolenie które wtedy przeżywało lata dziecięce, dziś dochodzi do głosu i próbuje nazwać i przywołać, z większą lub mniejszą nostalgią, swoje wspomnienia. Jest to trend, który obserwuję z niemałym zainteresowaniem, ponieważ po pierwsze sama dorastałam w tamtych czasach, po drugie lubię książki wspomnieniowe, a nostalgią i melancholią łatwo do mnie trafić. Na fali tej literatury transformacji powstały choćby Guguły Wioletty Grzegorzewskiej (nominowane do długiej listy Man International Prize), Podkrzywdzie Muszyńskiego,  Skoruń Płazy, czy Znaki Szczególne Pauliny Wilk.

No i mamy w końcu Po trochu Weroniki Gogoli. Książka ta jest w zasadzie zbiorem dwunastu krótkich form,  które w zamierzeniu mają się składać na jedną całość. Dwanaście części i dwanaście śmierci, która jest motywem przewodnim – czy to jest śmierć babci, wujka, kota, dziadka. Autorka opisuje swoje dzieciństwo na wsi w latach ’90, w Olszynach… i niestety trudno jest mi tutaj dodać coś więcej.

Nie wystarczy opisać dzieciństwo żeby stworzyć literaturę

Mam kilka problemów z tą książką. Gogola padła w swoim debiucie ofiarą przekonania, że jeśli opisze fragmentarycznie wczesne lata swojego życia z dokładnością co do najróżniejszych detali (jakie lody jadło, co się oglądało w telewizji, jakie żetony były w czipsach), doda do tego motyw bycia dziewczynką na wsi (zawsze trudniej niż być chłopcem) i okrasi to kilkoma naturalistycznymi do obrzydzenia momentami, to to wystarczy żeby całość była dobrą literaturą. No jednak niekoniecznie, z pewnością dla mnie dzieciństwo pani Gogoli nie było interesujące.

Lektura mnie znudziła i znużyła, autorka w swoich do granic możliwości dygresyjnych wywodach zmierza naprawdę donikąd. W tej książce się kompletnie nic nie dzieje, nie zmienia – śmierci, których bohaterka jest świadkiem są obudowane w najróżniejsze anegdoty, dygresje i wspomnienia. Tyle. Nie ma za tym żadnej głębszej myśli, żadnego celu.

Co dodatkowo rzuca się w oczy to fakt, że w Po trochu Gogola stara się stworzyć obraz magicznego, mitologicznego niemal dzieciństwa, ale nijak nie umie znaleźć języka dla jego opisu. Skutkuje to tym, że ja jako czytelnik kompletnie nie wiem kim jest narratorka opowieści: czy jest dzieckiem, czy dojrzałą kobietą, która cofa się do wspomnień z dzieciństwa. Brzmi to tak, jakby dorosły silił się na dziecięcą narrację, raz po raz sięgając po język skrajnie infantylny i naiwny, próbując używać naturalizmu (kupy, siusiaki, grzebanie sobie w genitaliach), ale wychodzi to tak koślawo, że aż bolą zęby. Ostatecznie wyłania się z książki obraz dość głupiej i banalnej bohaterki, bez jakkolwiek zarysowanej tożsamości.

Debiut jednak nieudany

Nie jest łatwo pisać krytykę książki debiutanckiej, bo chciałoby się pochwalić i motywować do dalszego pisania, jednak w moim odbiorze Weronice Gogli ten debiut wyszedł słabo. Założenie i pomysł autorki był w porządku (a na pewno odpowiadający współczesnym trendom), jednak wykonanie mizerne. Moim zdaniem nie zasługuje na powszechne porównania do Guguł Grzegorzewskiej, które na poziomie emocji, opisów, sposobu narracji i konstrukcji są znacznie lepsze. Można jedynie powiedzieć, że Gogola na pomyśle Grzegorzewskiej po trochu skorzystała.

A.

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu Książkowe Klimaty, które niezmiennie uwielbiam :).

Weronika Gogola, Po trochu, Wydawnictwo Książkowe Klimaty, Wrocław 2017


  • Pingback: Festiwal Conrada 2017 – literatura piękna - Niespodziegadki()

  • To ciekawe… Zachwytów czytałem wiele, ale bardziej jakoś przemawiają do mnie te mniej entuzjastyczne opinie.

    Swoją drogą jeszcze niedawno można było narzekać na niemal zupełny brak powieści opisujących tamte lata. Mi ostatnio zaś na listę wskoczyły „Lata powyżej zera”.

    • No a teraz jest w czym wybierać i myślę, że trend na tą tematykę się jeszcze utrzyma.
      Szczerze mówiąc nie wiem czym się tu zachwycać i w pewnym sensie fascynuje mnie ten zachwyt ale i nie dziwi. Nad „Małym życiem” też śpiewali pieśni, a dla mnie ta autorka pisać nie umie, więc… 🙂

  • O masz, szkoda autorki ze jej tak nie wyszło, ale z drugiej strony daje mi to nadzieje ze moja książkę może kiedyś ktoś wyda skoro takie słabe przechodzą przez edycje i wydawnictwo. ciekawa jestem co sama bym o niej pomyślała, bo czasem sama używam takich zabiegów jak naturalne opisy i szczegółowe rysowanie danych momentów. Ciekawa recenzja!

    • Myślę, że można opisać swoje dzieciństwo w ciekawy sposób i zrobić z tego temat na literaturę, ale do tego trzeba naprawdę talentu. Choćby jak u Oty Pavla. Ale nawet przeczytana przed chwilą przeze mnie „Tęsknota” Gaela Faye jest nieźle napisana, a też debiutant. Fajnie wszedł w postać 10-latka bez nadmiernej infantylizacji języka. Zatem da się 🙂

  • Karola

    „Po trochu” nie znam, ale miałam podobny problem, co opisany przez Ciebie, z jedną z książek Zośki Papużanki.

    • Czy z książką „On”, przypadkiem?

      • Karola

        Tak, właśnie z tą książką.
        Wprawdzie autorka potrafi bawić się słowem konstruując zdania, ale cóż z tego, jak całokształt kompletnie do mnie nie trafił? Po przeczytaniu opisów spodziewałam się jednak czegoś zupełnie innego, a tu takie rozczarowanie 🙁 Sama jestem mamą dziecka ze spektrum autyzmu, zaciekawiła mnie więc ta tematyka, myślałam, że ta historia przyniesie mi tonę emocji zawartych w relacji pomiędzy mamą, a synem, a w zasadzie dostałam wszystko, tylko nie to. Odniosłam wrażenie, że samego Onego w „Onym” jakoś mało, jego mamy również, tak jakby to nie oni byli głównymi bohaterami, tylko mało znaczącym dodatkiem do całości :/ Nie rozumiem w tej książce również pomysłu na narrację. Z kontekstu wnioskuję, że narratorką jest jakaś bliżej niezidentyfikowana koleżanka ze szkoły Śpika. Ok. Ale skąd w takim razie koleżanka ze szkoły mogła wiedzieć, co czuła mama Śpika, kiedy ten zaczynał wrzeszczeć w kościele będąc jeszcze niemowlęciem? Co czuł Śpik, kiedy nie potrafił zasnąć, będąc jeszcze małym brzdącem? Może dla kogoś to mało istotne, ale mi tu już coś zgrzytało i sprawiało, że ta historia wydała mi się mało autentyczna. No i do tego niektóre żenująco dla mnie brzmiące wstawki, choćby ze „spuszczającym się królikiem”, nie wiem, co autorka chciała osiągnąć, ale w przypadku mojej osoby było to zwyczajne zniesmaczenie. W ogóle odniosłam wrażenie, że wszystko, co zawarte w tej książce, zostało tam jakby na siłę umieszczone, byle więcej… No ale to tylko moje subiektywne zdanie, wiem, że wielu czytelnikom książka bardzo się podobała 🙂

        • No widzisz Karolino, bo u nas to się ludzie lubią zachwycać czasem wszystkim jak leci ;).
          Myślę, że Twoja perspektywy mamy dziecka z autyzmem jest kluczowa. I też na Twoim miejscu oczekiwałabym, że się nieco w takiej powieści przejrzę jak w lustrze. A tu nie. Jak dla mnie Twoje zarzuty brzmią bardzo sensownie i wcale mnie nie dziwią.
          Na prawdę, czasem mi się zdaje, że szczególnie jeśli chodzi o rodzimych pisarzy, zachwycamy się często gęsto na wyrost, bo ktoś napisał coś innego niż trup w szafie albo romans, to już dzieło sztuki 😉

          • Karola

            O, dobrze to ujęłaś! Myślałam, że znajdę w tej książce choć odrobinkę siebie. No i przyznam, że ciekawiło mnie również, jak tą trudną sytuację może odczuwać inna matka, zobaczyć to z innej perspektywy, innymi oczami, w dodatku w odsłonie literackiej. Nastawiłam się na prawdziwą ucztę, a tu wyszedł zwykły klops 😉