Pan wszystkich krów – Andrzej Dybczak

Było też pusto. Pusto na świecie, pusto w lesie i pusto we mnie samym. Czułem, że jestem niezgrabny, potykałem się na ścieżce, zawadzałem o gałęzie i przeklinałem w myślach. „Kurwa” i „kurwa” chodziło mi po głowie jak jakiś zasłyszany przebój. Wszyscy tutaj bardzo go lubili. Ludzie żyją w cichej rozpaczy, tak pisał Thoreau. Nie wiem, skąd on to wziął. [s.51]

W ostatnim czasie sporo czytam krótkich książek, a nawet krótkich form. To dla mnie nowość, ponieważ gdzieś kiedyś sobie powiedziałam, że nie lubię opowiadań, bo ledwo zdążę wejść w klimat, a tu już koniec historii. Felietony i eseje jak najbardziej, ale opowiadania – niekoniecznie. Wychodzi na to, że dorosłam albo po prostu wcześniej trafiałam na zbiory niewystarczająco dobre. Po Kerecie poczułam się zachęcona, a teraz po Dybczaku jestem przekonana – istnieją opowiadania, którymi umiem się zachwycić.

Pan wszystkich krów, czyli tyle o sobie wiemy, na ile nas sprawdzono.

Andrzej Dybczak to człowiek orkiestra. Pisarz, dokumentalista, antropolog, filmowiec, ojciec. Jego pierwsza książka opowiadała o życiu pasterzy reniferów na Syberii, a Pan wszystkich krów zdaje się być zapisem z jego następnych podróży, mniej lub bardziej dalekich. Przede wszystkim ważne dla mnie jest to, że Dybczak nie zmyśla, tylko przekłada na literacki język swoje prawdziwe doświadczenie. Pisze o sobie. Mam takie okresy w życiu kiedy cholernie potrzebuję prawdziwych historii, ludzi z krwi i kości, a nie fikcji i magii. Teraz właśnie mam taki czas. Potrzebuję przy czytaniu mieć świadomość, że tak naprawdę wygląda świat w innym miejscu, że gdzieś żyją ci opisywani przez autora ludzie. Łatwiej mi się do tego wtedy odnieść, utożsamić się. Czasem te potrzeby spełnia reportaż, a czasem taka świetna proza, jak w przypadku Pana wszystkich krów.

A więc Dybczak pisze o sobie i o tym czego doświadczył w różnych okolicznościach: kiedy uczył się na pilarza i patrzył jak bez skrupułów ścina się stuletnie drzewa; kiedy wypasał krowy na południu Polski i patrzył w oczy bykowi wiezionemu na ubój; kiedy harował w Norwegii przy rozładunku gigantycznych trawlerów w środku zimy; kiedy stał na gałęzi wielkiej wierzby ze strzelbą na ramieniu i wstrzymywał oddech, żeby sarna zdążyła uciec przed jego kulą. Te historie z przeróżnych dorywczych prac mieszają się z bardzo osobistymi opowieściami o relacji z córkami, o miejscach dzieciństwa, o matce, o męskich słabościach.

To co mnie bardzo ciekawi po zakończonej lekturze to to, dlaczego autor opowiadań żyje w taki sposób. Jakby wciąż szukał swojego miejsca i pomimo czterdziestki nadal go nie znalazł. Chce tak żyć, czy musi?

W ciemnym mateczniku tych dużych zwierząt człowiek w coś się zamieniał. W co, to trudno powiedzieć. W coś jednak na pewno. Gdzieś w świecie są naukowcy, antropologowie kultury, którzy zgłębili temat. Zebrali przykłady ludzi rytualnie przybierających zwierzęcą postać albo tych wychowanych przez zwierzęta, najczęściej stado wilków. A tu u nas: trzydzieści krów i czworo ludzi. Kto wychował kogo? [s.153]

Resztę dopowiedz sobie sam

Forma w jaką autor ubrał swoje opowiadania jest bardzo prosta, wręcz surowa. Dybczak nie ocenia, nie formułuje mądrej puenty po każdej z historii, chociaż mógłby. Mówi o rzeczach najważniejszych, o życiu w samej swej istocie.  Jest daleko od wielkich miast i dużych pieniędzy, a blisko fizyczności, biedy i brutalnego braku sentymentów.

Nie eksponuje w tekstach siebie i swoich emocji, mówi cicho, a i tak boleśnie szarpie.  Pozostawia czytelnika z opisem rzeczywistości i pozwala dokonać oceny samodzielnie. Możesz się zastanowić i wynieść z tego jakąś wartość, a możesz iść dalej, wybór należy do ciebie. Z drugiej strony, ze wszystkich tekstów przebija tęsknota za życiem bliżej natury, niechęć do ludzkiej cywilizacji, która jak taran niszczy wszystko, co spotyka na swojej drodze. Czuję jego strach o to, dokąd to wszystko zmierza. Te poglądy są mi bardzo bliskie, i mimo że Dybczak nie afiszuje się z nimi, to łatwo było mi je odczytać.

Wygląda na to, że teraz to ziemia wypełniła się mrugającymi światełkami, a niebo przygasło. Odwrotnie niż wtedy, w noc twojego pierwszego spaceru, Prometeuszu, prawda? Cieszysz się? A może nie jesteś pewien, czy słusznie postąpiłeś? Zeusie, Słońce, już mniejsza z tym, jak cię nazywać, zdarzyło mi się w nocy być na tej i innych górkach i muszę powiedzieć, że światła z nich widoczne chyba już nigdy nie zniknął. Są coraz gęstsze i mocniejsze, i tańsze. Zdaje się, że będą tak pokrywać świat jeszcze długo, aż do jego końca. No, chyba że koniec jest blisko, chyba że jest to czas schyłku. Tak czy siak, Zeusie, Słońce, ciekaw jestem, czy kiedy w końcu umrzesz albo zgaśniesz za te parę miliardów lat, to wspomnisz ciemny świat swojej młodości, gdy dla ludzi byłeś naprawdę kimś. [s.67]

Będę szczera – nie spodziewałam się po Panu wszystkich krów fajerwerków. Dostałam ten tytuł od dobrego wydawnictwa i tyle. To co znalazłam w środku kompletnie mnie zaskoczyło. Dostałam i śmiech i łzy. Dybczak mnie wzruszył, zmusił do zastanowienia, do spojrzenia na dane zjawisko inaczej, niż zrobiłabym to intuicyjnie, ale też rozbawił (gorzkim śmiechem). Im więcej czasu upływa od lektury, tym bardziej dostrzegam to, że czegoś się z tej książki nauczyłam. Czegoś, co jestem w stanie przełożyć na własne życie.

Cholernie cenne.

Życzę Wam takich lektur z zaskoczenia. Tutaj zarządził przypadek i ogromnie się z niego cieszę. Polecam, polecam.

Każdy ma coś, jakieś życie, jakieś myśli, którymi chciałby się podzielić. Przecież jesteśmy wspaniałym gatunkiem, ty i ja. Mamy największe mózgi. Jesteśmy ludźmi. Koroną stworzenia. [s.56]

A.

Andrzej Dybczak, Pan wszystkich krów, wydawnictwo Nisza, Warszawa 2017

Serdecznie dziękuję wydawnictwu Nisza za możliwość przeczytania książki.