Opowieść o miłości i mroku – Amos Oz

Nawet o mężu albo żonie, o własnych rodzicach czy dzieciach. Nic a nic. Nawet o sobie samym. Nic nie wiadomo. A jeśli czasami człowiekowi się wydaje, że mimo wszystko coś wie, to jeszcze gorzej – bo lepiej jest żyć, nic nie wiedząc, niż żyć w błędzie. Chociaż w gruncie rzeczy kto to wie? Jeśli się nad tym zastanowić, to może akurat dużo lepiej jest żyć w błędzie niż w ciemności? [s. 205]

Opowieści o miłości i mroku długo nie wiedziałam czy, i jak napisać na blogu. Pomyślałam w końcu, że Amos broni się sam i tekst będzie zbiorem cytatów, które oddają charakter powieści. Jednak siadając do pisania, nie mogę pozostawić książki bez mojego komentarza.

Początek był mozolny, ale wszystko co  nastąpiło po nim wynagrodziło mi trud czytania pierwszych 100-150 stron. Książka jest autobiografią pisarza, opowiadającą o jego dzieciństwie i późniejszym życiu w izraelskim kibucu, mniej więcej do czasu poślubienia swojej żony. Zasadniczo jednak skupia się na czasach dzieciństwa, swojej relacji ze światem i rodzicami, a przede wszystkim z matką. Snuje w powieści wielkie historie życia członków swojej rodziny, ale też maleńkie opowieści o sąsiadach, przyjaciołach, ludziach którzy na niego wpłynęli. 

W pierwszych rozdziałach pojawia się zbyt wiele nazw własnych, miejsc i nazwisk, które nieco męczą i sprawiają wrażenie, że czytamy osobiste notatki autora, albo tekst skierowany tylko do mieszkańców Izraela. Jest nieco chaotycznie. Skaczemy między obrazami z dzieciństwa, historiami życia poszczególnych członków rodziny, a zupełnie oderwanymi od tego rozważaniami Amosa o jego Czytelniku (który ma ciągłą potrzebę zadawania pytań o życie autora, zamiast spoglądania w swoje wnętrze podczas lektury). 
Później jednak wszystkie ścieżki zaczynają biec w jednym kierunku. Zaczynamy zaprzyjaźniać się z bohaterami życia Amosa Oza i lektura staje się ogromnie wciągająca, piękna i wzruszająca. Nie jest to wciąż powieść do pochłonięcia w kilka dni, a raczej do uważnego czytania w chwilach skupienia. Między relacjonowanymi wydarzeniami autor przemyca coś co można nazwać jakże banalnym określeniem „prawd życiowych”, które jednakże są bardzo dalekie od banałów. 

Opisywana przeze mnie powieść jest jednym z tych nielicznych przypadków, kiedy tekst na okładce książki oddaje stan rzeczywisty: Opowieść o miłości i mroku faktycznie jest kluczem do zrozumienia twórczości Oza. Powieści Fima, Mój Michael czy Wzgórze złej rady nabierają po tej lekturze pełniejszego znaczenia. Co więcej, Oz urodził się w czasach wielkich przemian. Kiedy powstawało państwo Izrael był już na tyle dużym dzieckiem, by opisać nam te wydarzenia z perspektywy naocznego świadka. To świetna lekcja historii trudnych początków istnienia państwa żydowskiego, europejskiego antysemityzmu rodzącego się już na długo przed wojną, oraz konfliktu między przeszłymi judaistycznymi tradycjami, a nowym pokoleniem Żydów, rosnącym w socjalistycznych kibucach. Pokazuje czasy przeciwstawienia folkloru chasydzkich opowieści, żarliwym wierszom poetów „burzy i naporu”. 

Myślę sobie, że trzeba być bardzo dojrzałym człowiekiem i jeszcze bardziej dojrzałym pisarzem, żeby tak obnażyć się przed swoimi czytelnikami. Opowieść… to książka tak bardzo intymna i osobista, że chwilami byłam onieśmielona bliskością przeżyć autora. Mam również podskórne wrażenie, że akurat tę powieść autor napisał bardziej dla siebie, niż dla nas. Tak jakby miała ona pewien wymiar terapeutyczny. Trudno mi to dokładniej wyjaśnić. 

(o książkach) Jedne stały, inne leżały na nich; opasłe, okazałe księgi obcojęzyczne wygodnie się wylegiwały, podczas gdy inne spoglądały na wchodzących wymizerowane, ściskając sie i tłocząc niczym uchodźcy na kojach pod pokładem statku z nielegalnymi imigrantami. Ciężkie, szacowne foliały w skórzanych oprawach ze złoconymi tłoczeniami i lekkie książki w wiotkich papierowych okładkach, książki-wielmoże, wytworne i słusznej postury, oraz wypłowiałe, szmatławe książki-żebracy, a między nimi, wokół nich i za nimi poutykane jeszcze książeczki i zeszyty, biuletyny, żurnale, czasopisma, ulotki, magazyny i broszury, cała spocona, hałaśliwa menażeria, której zawsze pełno na obrzeżach placów i bazarów. [s.64]

(o ojcu) Prawie nigdy nie rozmawiał ze mną o swoim dzieciństwie, o swoich miłościach, o miłości w ogóle, o rodzicach, o śmierci brata, o własnej chorobie, własnym cierpieniu ani też o cierpieniu w ogóle. Nigdyśmy też nie rozmawiali o śmierci mojej mamy. Ani razu. Gdybym chciał tu wyliczyć wszystko, o czym z ojcem nie rozmawialiśmy, wystarczyłoby tego na dwie książki. Ojciec wciąż pozostaje dla mnie nierozwiązaną tajemnicą. [s. 101]

(ciotka Sonia o bajeczkach) Może właśnie ktoś, kogo się najmniej kocha, potrafi, jeśli tylko nie jest zazdrosny ani zgorzkniały, obdarzyć największą miłością? Nie? Nie jestem zbyt pewna tego co teraz powiedziałam. Może to tylko taka bzdurna bajeczka, którą sama sobie opowiadam przed snem. Może każdy opowiada sobie do snu takie bajki, żeby było mu trochę mniej straszno. [s.255]

(0 miłości) Miłość jest przedziwną mieszaniną rzeczy przeciwstawnych, mieszaniną najbardziej samolubnego egoizmu i najdoskonalszego  poświęcenia. Paradoks! Poza tym miłość, wszak cały świat bez przerwy mówi o miłości, lecz jej się wcale nie wybiera, zaraża się nią jak chorobą, popada się w nią jak w nieszczęście. Co w takim razie się wybiera? Między czym a czym ludzie mimo wszystko muszą dokonywać wyboru, i to niemal bezustannie? Albo wielkoduszność – albo podłość. Wie to każde dziecko, lecz podłości i tak nie ma końca. Jak to wytłumaczyć? Wszystko chyba wzięło się z jabłka, któreśmy tam zjedli: ono było zatrute. [s. 198]

(o nowym państwie) U nas w Jerozolimie chodziło się zawsze trochę jak w kondukcie żałobnym albo jak ktoś spóźniony na koncert: najpierw stawia się czubek buta i ostrożnie bada teren. Później, gdy się już postawiło całą stopę, nie śpieszy się, żeby ja unieść: po dwóch tysiącach lat zdobyliśmy prawo wstępu do Jerozolimy, więc tak prędko z niego nie zrezygnujemy. Jeśli uniesiemy nogę, zaraz ktoś przyjdzie i odbierze nam nasz kawałek gruntu, zrabuje ubogiemu jedyną owieczkę. Z drugiej strony, skoro uniosłeś już stopę – nie śpiesz się, by ją z powrotem postawić. Kto wie, co za kłębowisko żmij się tam kotłuje, nieprzyjaciele, intryganci. Wszak przez tysiąclecia krwią przypłacaliśmy pochopność i nieustannie wpadaliśmy w ręce nieprzyjaciela i wroga dlatego, że stawialiśmy stopę, nie sprawdziwszy gdzie. [s.12]

(ciotka Sonia o przyzwoitości) Tylko że dzisiaj myślę, że te wzniosłe uczucia i tak dalej, i tak dalej to wcale nie najważniejsza rzecz w życiu. Wcale. Uczucia to taki ogień na ściernisku: płonie chwilę, a potem zostaje tylko sadza i popiół.(…) Dzisiaj, powinieneś to wiedzieć, dzisiaj przyzwoitość moim zdaniem jest jeszcze ważniejsza niż dobroć: przyzwoitość to kromka chleba. Dobroć to już masło. Albo i miód.

(ciotka Sonia o marzeniach) Przecież nie mam już po co płakać nad Tarłem – od tamtego czasu upłynęło siedemdziesiąt lat, a on i tak by już dzisiaj nie żył, tylko by został zabity – jeśli nie przez Stalina, to tutaj, na wojnie albo w zamachu terrorystycznym, a jeśli nie na wojnie, to może zmarłby na raka albo na cukrzycę. Nie! Ja płaczę tylko nad tym, co nigdy nie istniało. Nad pięknymi obrazami, któreśmy oglądali oczami duszy, a które teraz zostały wymazane. [s. 252]

(o czytelniku kiepskim i tym nieco lepszym) Kiepski czytelnik przychodzi i domaga się, bym napisana przez siebie książkę obrał mu ze skórki. Przychodzi do mnie z żądaniem, bym dla niego swoje winne grona własnoręcznie wyrzucił do śmieci, a jemu podał same pestki.(…) Każde dzieło literackie zaprasza nas w gruncie rzeczy, by przyjść i dostawić głowę do postaci takiego czy innego Rogoźnikowego stwora, zamiast jednak wpychać tam głowę pisarza, jak czyni powierzchowny czytelnik, warto chyba przełożyć przez otwór własną głowę i zobaczyć, co się będzie działo.(…) Nie pytaj zatem: „To w końcu jak, czy to naprawdę są fakty? To takie rzeczy się wyprawia u tego pisarza?”. Zapytaj o to sam siebie. O samego siebie. Odpowiedzią nie musisz się z nikim dzielić. [s.43-46]

(o sobie) Ponieważ nie mam rodzeństwa o ponieważ, od kiedy pamiętam, rodzice gorliwie odgrywają rolę zachwyconej publiczności, nie pozostało mi nic innego, jak tylko wejść na scenę, samemu zająć ją całą i czarować szerokie audytorium. Tak więc począwszy już od trzeciego albo czwartego roku życia, jeśli nie jeszcze wcześniej, jestem monodramem. Teatrem jednego aktora. Nieustannym przedstawieniem. Samotną gwiazda, która musi przez cały czas improwizować, fascynować, wzruszać, zadziwiać i bez ustanku bawić widownię. Od świtu do zmroku jestem zmuszony ciągle wybijać się na pierwszy plan. [s. 331]

(o samotności) Tamtej jesieni byliśmy ze sobą tak ściśle związani jak trzech skazańców w jednej celi. A mimo to każde żyło osobno: bo co oni mogli wiedzieć o mojej nocnej ohydzie? O niemiłosiernym plugastwie mojego ciała? (…) Dzieliło nas tysiące lat świetlnych. Nie, nie świetlnych. To były lata mroku. A co ja wiedziałem o ich cierpieniu? A oni? Oboje? O sobie nawzajem? Co ojciec wiedział o jej tragedii? Co mama rozumiała z jego cierpienia? Tysiące lat mroku między nami. Między trzema skazańcami w tej samej celi. I nawet wtedy, w Tel Arza, w tamten sobotni poranek, kiedy mama siedziała oparta o drzewo, a oj i ojciec położyliśmy głowy na jej kolanach, ja na jednym, on na drugim, a mama nas głaskała – nawet w tamtej chwili, najdroższej z całego mojego dzieciństwa, dzieliło nas tysiąc lat mroku. [s. 559]

 

Na Parapecie ukazała się już recenzja innej książki tego autora, pt. Judasz.

Ps. Dla samego przeczytania jak Oz opowiada o książkach i opowieści ciotki Soni, warto tę powieść przeczytać :).

A.

Amos Oz, Opowieść o miłości i mroku, przekład Leszek Kwiatkowski, wyd. Rebis, 2016


  • To musi być niesamowita książka. Świadczą o tym cytaty, które umieściłaś w swoim tekście – mocno wymowne i tak bardzo prawdziwe. Od kilku dobrych lat interesuje mnie tematyka Izraela, więc bardzo chętnie sięgnę po tę lekturę.

    • Tak, to książka obowiązkowa dla zainteresowanych Izraelem. Jest tam jeden taki bardzo mądry fragment odnoszący się do konfliktu Izraela i Palestyny. Myślę, że jak do niego dotrzesz, to będziesz wiedziała o czym mówię 🙂 W końcu ktoś powiedział to, co myślę. Mądra książka!

  • Pisałyśmy już chyba kiedyś o okładce. Gdyby nie ta okładka… 😉 Ale nie ma co się uprzedzać, na pewno to dobry, piękny Oz. Zresztą, już stąd widzę, że tak 🙂

    • Oj tak, ta okładka. Na prawdę, okładki filmowe to zło :). Chciałam kupić z ta starą okładką, też może nie najbardziej udaną, ale przynajmniej nie z panią Portman, ale nigdzie nie była dostępna. To piękny Oz i myślę, że zwłaszcza dla osób, które już czytały jego książki, czyli dla Ciebie 🙂

  • Oza nic jeszcze nie czytałem, ale pierwszy cytat otwierający recenzję bardzo mocno skojarzył mi się z dopiero co czytaną „Amerykańską sielanką” Philipa Rotha. W swojej recenzji przytoczyłem cytat o podobnym wydźwięku.

    Doczepię się za to pierwszego zdania samej recenzji, które brzmi mi bardzo nienaturalnie składniowo. Czy nie lepiej byłoby „O Opowieści o miłości i mroku…” przenieść na koniec zdania? W języku polskim novum powinno raczej pojawiać na końcu dania. Ale to tylko me skrzywienia się odzywają.

    • Wiesz co, teraz tak czytam trzy razy to pierwsze zdanie i zdaje się, że masz rację, dziękuję 🙂 Dobrze kiedy ktoś spojrzy na tekst świeżym okiem i wskaże palcem błędy, to uczące 🙂

      Co do samego Oza, z pewnością polecam, ale im dłużej myślę o „Opowieści…” tym bardziej dochodzę do wniosku, że ta autobiograficzna powieść będzie ciekawsza jeśli już coś Oza się czytało, ze dwa-trzy tytuły. Przeczytaj najpierw „Mojego Michała” i „Fimę” i „Nie mów noc”, a potem to. Będzie lepiej smakować. A może się mylę? Sama już nie wiem. 🙂

  • Jeszcze nie czytałam żadnej z książek Oza, ale właśnie od „Opowieści” zamieszam zacząć poznawanie jego twórczości. Książkę mam na liście od kilku tygodni i kupię ją na pewno przy kolejnym zamówieniu 🙂
    Wybrane przez Ciebie cytaty świadczą też o bardzo dobrym przekładzie. Tym bardziej cieszę się na lekturę. Pozdrawiam!

    • Myślę, że to niezły pomysł. Z wiedzą zaczerpniętą z „Opowieści…” na pewno pełniej będziesz odbierała jego pozostałe książki. Ja teraz nie mogę doczekać się „Mojego Michaela”, tyle o niej w swojej autobiografii opowiadał :). Tak, potwierdzam że przekład jest dobry, piękny język.
      Pozdrawiam cieplutko 🙂
      A.

  • Mea Culpa/ Z książką do łóżka

    Treść interesująca, jednak rzadko kiedy mam czas, aby skupić całą swoją uwagę na lekturze. Zazwyczaj czytam w pracy pomiędzy obowiązkami bądź w metrze, gdzie każdy dźwięk mnie rozprasza 🙂

    Może w trakcie urlopu uda mi się ją przeczytać, bo wydaje się być warta uwagi 🙂

    • To z pewnością jest książka, na której trzeba się skupić. Może nie aż tak jak na np. Jaume Cabre, bo tam i zdania zawiłe i język trudny, ale wciąż „Opowieść…” lepiej mi się czytało pod kocem w domu, niż w autobusie. Do komunikacji miejskiej mam „Shantaram” w słuchawkach 🙂

      Urlop z Ozem, to świetny pomysł 😀

  • myslobook.pl

    Fantastyczna recenzja! Dodałam do ulubionych 🙂 A moja lista książek na najbliższy czas powiększyła się kolejną pozycję 🙂

  • Andrzej Ogórkiewicz

    Mnogość informacji w pierwszej części wcale mnie nie przeraziła. Przeciwnie, to fantastyczne źródło wiadomości o początkach Państwa Izrael, o organizacjach, z których się wyłoniło, a przede wszystkim o wielkich umysłach, które dały mu podstawy intelektualne.
    Potem jest Amos Oz, którego znamy z wcześniejszych książek, tylko bardziej osobisty.
    Dobrze się czytało w pociągu, ale to książka na kilka długich podróży 🙂

    • W zupełności się z Tobą zgadzam, książka Oza poza wymiarem emocjonalnym daje nam również bardzo wiele ciekawych informacji historycznych. Ja miałam faktycznie problem ze skupieniem się i mówiąc potocznie „wciągnięciem się” w lekturę przez pierwszych sto, sto pięćdziesiąt stron, chyba przez to skakanie z temu na temat, miałam poczucie braku uporządkowania. Później to poczucie ustąpiło i została już tylko przyjemność z lektury.
      Mi lektura zajęła dobre trzy tygodnie 🙂

  • Przymierzam się do tej książki już od pewnego czasu i za każdym razem, gdy o niej czytam mój apetyt rośnie. Z Twoją recenzją jest podobnie, mam ochotę rzucić wszystko i zabrać się za czytanie! Tym bardziej, że interesuje mnie wątek Izraela i spojrzenia autora na kształtowanie się tego państwa. Cóż, może w 2017 w końcu uda mi się przeczytać!

    • Jednym słowem trzeba to w końcu zrobić – rzucić wszystko i przeczytać najgrubszą książkę Oza 🙂 Mnie również bardzo interesuje wątek powstania państwa żydowskiego i dlatego też chyba tak chętnie sięgam po pisarzy hebrajskich. Na swojej krótkiej liście do przeczytania zaraz mam zbiór opowiadań Agnona, izraelskiego noblisty, którego Oz wspomina w swojej opowieści wielokrotnie.
      pozdrawiam cieplutko 🙂