O myszach i ludziach – John Steinbeck

IMG_20150828_182241

 

„Jako członek grupy człowiek nie jest już sobą, lecz staje się komórką w organizmie, który w niczym go nie przypomina, tak samo jak nasze komórki w niczym nie przypominają nas samych” – J. Steinbeck

 

No i mamy jesień.

Zupełnie byłam na nią nieprzygotowana, to jeszcze nie ten moment, nie ten czas. Jesień zawsze zastaje mnie utęsknioną, spragnioną jej chłodnych poranków i wilgotnego powietrza. Jesień daje kojące poczucie, że wszystko ma swój koniec, i że to dobra rzecz. W tym roku wszystko dzieje się za wcześnie.

Wrzesień pędzi na złamanie karku, a ja razem z nim. Od dnia powrotu z tygodniowych wakacji aż do dziś, nie miałam chwili żeby się zatrzymać. Nie czytałam, nie mówiąc już o pisaniu, niczego poza wiadomościami w telefonie w drodze do pracy…

O myszach i ludziach połknęłam w jeden słoneczny wieczór na moich tureckich wakacjach. Z perspektywy dnia dzisiejszego wydaje się to niesamowicie odległe. Pusta plaża, popołudniowe słońce i Steinbeck. Taka opowiastka niby nic, 120 stron niemal samych dialogów, a jakoś zostaje w głowie. Czyta się ją trochę jak scenariusz filmowy albo sztukę, treść jest gęsta, zwarta i przejrzysta.

Autor, który jak wiemy z jego biografii wielokrotnie pracował na plantacjach bawełny i owoców, zaprasza nas do świata, który on sam zna doskonale: lata 30 XX wieku, rzeczywistość sezonowych robotników rolnych w środkowej Kalifornii, którzy wędrują od gospodarstwa do gospodarstwa, to co zarobią wydają na ulotne radości życia i wciąż nie mają nic swojego, nic stałego. Mimo to, odwiecznie towarzyszy im marzenie o stabilizacji, o własnym kawałku raju. Nieodłączna chęć samostanowienia i decydowania o swoim losie powraca tu jak mantra.

„Setki takich. Przychodzą, odchodzą, a każdy ma ten swój mały kawałek ziemi w głowie. Ale żaden z nich, do diabła, nigdy go nie będzie miał naprawdę. Tak jak z niebem. Każdy chce mieć mały kawałek ziemi. Przeczytałem dużo książek. Nikt nigdy nie trafił do nieba i nikt nie dostał swojego kawałka ziemi. Mają go tylko w głowach.” [s.93]

Historia pozornie bardzo bliska ziemi, w formie przybiera postać niemal religijnego rytuału. Jak refren powraca opis idyllicznej przyszłości dwójki bohaterów, bez niego nie ma kroku naprzód. Kapłan niechętnie, ale jednak, odprawia święty obrządek. Po nim można iść dalej, można przełknąć kolejną łyżkę szorstkiej rzeczywistości.

Od pierwszej strony autor buduje przedziwny nastrój, niby nic się takiego nie dzieje, ale dobrze wiesz, że zdarzy się coś złego. Narasta niepokój między stronami, strach rodzi się w przerwie między kropką, a początkiem następnego zdania. Nad doliną Salinas wisi widmo bólu. Jak w teatralnej sztuce, każda kolejna scena prowadzi nas bliżej i bliżej do nieuchronnego dramatycznego końca, a gdy on już nadejdzie – wiemy, że nie dało się inaczej. Kurtyna opada, ofiara została złożona.

O myszach i ludziach opowiada o prawdziwej przyjaźni i o tęsknocie. Wiecznej tęsknocie za lepszym jutrem. Na tak niedużej ilości stron Steinbeck udzielił nam lekcji pokory i człowieczeństwa, zawstydził tych, którzy pochopnie ocenili sytuację, nagrodził tych, którzy mają otwartą głowę i zwyczajnie po ludzku wzruszył.

„A gdyby przyjechał cyrk, albo byłby mecz baseballa, poszlibyśmy na to, powiedzielibyśmy „Do diabła z robotą” i poszlibyśmy. I nikogo byśmy się nie pytali. I byłyby świnie i kurczaki… a zimą… mały piec… i padałby deszcz… a my sobie siedzimy.” [s. 115]

 

A.


 

tytuł: O myszach i ludziach (Of Mice and Men)myszy-i-ludzie

autor: John Steinbeck

tłumaczenie: Marek Zgaiński

wydawnictwo: SAWW

rok wydania: 1993

Ilość stron: 127

Moja ocena: 5/6