Nie umiem pisać

Uła, było ciężko usiąść do klawiatury. Kiedy życie daje kopa po nerach, głowa pęka od myśli w trybie przypuszczającym, paczki z chusteczkami kończą się szybciej niż opakowania czekolady, nie jest łatwo budować zdania. Począwszy od tego, że zwyczajnie się nie chce, a skończywszy na tym, że człowiek staje się w monotematyczny, a felietony i recenzje mógłby pisać co najwyżej ze swojego smutku.

Człowiek, czyli ja.

Nagle nie umiem pisać. Mam poczucie, że nie mam do powiedzenia nic ważnego i nic sensowego. Że nawet nie wiem jak zacząć. Cały czas jednak mam w głowie pewność, że mi zależy na tym miejscu i nie chcę go stracić, że mam przecież tyle pomysłów, że sierpień i nie mogę przegapić drugi raz urodzin bloga. Więc siadam na progu balkonu, biorę kilkanaście głębokich wdechów i patrzę na siebie z boku.

Potrafisz. Zostawić smutek w drugim pokoju i skupić się na tekście. A w ogóle może byś wykorzystała tę swoją cholerną psychologiczno-terapeutyczną wiedzę? Siadaj i pisz plan dnia od A do Z. Bo wiecie najważniejsze to uporządkować swój dzień, wejść w schemat i stosować go od poniedziałku do niedzieli. Weekendy są gorsze, wiem, ale je też można zapełnić. Nogi w krzesłach czekają na pomalowanie, porządki w szafce w przyprawami, lodówka prosi się o rozmrożenie, yoga po śniadaniu miała być grana, chciałaś się uczyć norweskiego, pamiętasz? Książka leży gdzieś nietknięta. Mało do roboty? A między te czynności wpleć czytanie i pisanie. Wystarczy zacząć, a już pójdzie.

Przecież Ty się już na to napatrzyłaś, wiesz jak to się zaczyna. Od niewychodzenia z domu, niezdejmowania tych samych dresów przez dwa tygodnie, o myciu włosów i malowaniu paznokci nie wspominając. Mogłaś tak przebimbać tydzień, dwa, trzy, ale nie więcej. Po czterech tygodniach idzie lawina. Przecież nie jesteś sama, pomimo tego, że tak twierdzisz. Są dobre dusze przy Tobie, może nie te, których byś się spodziewała, ale czy to znaczy, że mniej ważne? Nie.

A więc potrafię pisać. Potrafię też czekać. A w czasie kiedy będę siedziała w tej życiowej poczekalni mogę zrobić coś twórczego i kreatywnego. Chwała bogu, że tu jestem.

Nie, nie zrobię z Parapetu miejsca na sesje samoużalania się, spokojnie. To był jednorazowy wyskok. Miałam napisać w końcu recenzje Pana wszystkich krów i Dizajnu tamtych czasów ale wiecie, nie potrafiłam. Wyszło mi spod palców tylko to.

A.

*zdjęcia zrobił mi Paweł Buczkowski


  • Rok temu, gdy tydzień po 50 rocznicy ślubu rodziców, mój tata wreszcie zgodził się pójść do szpitala (jeszcze sam wchodził po schodach i niósł swoją torbę), z dnia na dzień dowiadywałem się nowych potworności na temat jego stanu zdrowia, gdy po ponad 3 tygodniach, z tego 2 w śpiączce farmakologicznej, przestał cierpieć, nie byłem w stanie nic pisać. Coś próbowałem, ale nie szło. Przestało mi wtedy zależeć. Długo trwało zanim znów się w to wkręciłem. Chyba nie jestem profesjonalistą.

    • Jakub, myślę że gdyby dotknęła mnie tragedia tego formatu, to moja reakcja byłaby taka sama jak Twoja. To chyba w ogóle nie chodzi o profesjonalizm i bynajmniej to, że jednak tu jestem i piszę nie świadczy o mojej profesjonalnej postawie. To jest mój ratunek żeby jednak się czymś zająć, a nie gapić się w ścianę i zmuszam się do tego dla swojego dobra. Emocjonalnie to nie jest to samo, bo mówiąc szczerze, daje mi to teraz dużo mnie j radości, ale wiem że to miejsce i Wy tutaj dajecie mi dużo dobrej energii.
      Ale patrząc obiektywnie, moja sytuacja ma zupełnie inny charakter niż śmierć Twojego taty i nie umiem sobie wyobrazić, jak potwornie bym się czuła. Dziękuję Ci za ten komentarz.
      Uściski i porcja ciepłych myśli.
      A.

  • Mi w takich momentach pomagają poranne strony z Drogi Artysty, polecam!
    Przepiękne zdjęcia dodałaś do tego wpisu.

  • I właśnie takie teksty pobudzają do działania. Każdy ma gorsze i lepsze dni. Sztuką jest jednak usiąść i napisać prawdę, nie bawić się w tworzenie na siłę, nie kłamać, że jest super, skoro nie jest. Doceniam całkowicie. A pisać potrafisz! I to rewelacyjnie 😀

    • Dziękuję Kasiu za wsparcie. Miałam dużo wątpliwości, czy na blogu jest miejsce na tego typu wpisy, ale wasze komentarze pokazują mi, że jest i to jest piękne :).
      Ściskam :*

  • Bardzo mnie poruszył Twój szczery tekst. Pewnie dlatego, że nie tak dawno przeżywałam dokładnie to samo. Identyczne wątpliwości i strach, że moja miłość do pisania/czytania się wypaliła… Mogę Cię pocieszyć – to minie 🙂 Oby prędko. Pozdrawiam 🙂

    P.S. Ten wpis to dowód na to, że umiesz. Tylko czasami trzeba to zrobić inaczej 😉

    • Bardzo dziękuję Ci za te słowa Karolino. Mi faktycznie jest bardzo trudno czytać i pisać, kiedy w moim życiu jest jedno wielkie dno. Kompletnie nie sprawdza się mechanizm, że mogę skupić się na życiu fikcyjnych postaci. Jedyne co mi pomaga to metodyczne, powtarzalne czynności, dlatego w kółko robię na drutach i staram się ćwiczyć jogę i pilates ;).
      Walczę jednak, bo wiem, że bez pisania to miejsce umrze, a jest mi ono potrzebne, teraz nawet bardziej niż wcześniej.
      Uściski :*

  • No zaraz, zaraz. Gdybyś nie potrafiła pisać, to byś nie była pierwszą polecaną przez Pożeracza. Czyżbyś wątpiła w me zdolności (d)oceniania? Ależ! Być nie może!

    A tak serio nieco bardziej – znam tylko Twe słowa, więc słów zbyt mądrych zaoferować nie mogę, ale przesyłam po prostu nieco ciepła.

  • Tomasz Czajkowski

    Umiesz, umiesz 😉

  • myslobook.pl

    Czasami poczekalnia jest niezbędna, dwutygodniowe dresy i odkładanie na później listy rzeczy do zrobienia też…. Cudownie, że tworzysz to miejsce, ale masz prawo, żeby na chwilę wysiąść z tego pociągu i skupić się na sobie, dać sobie czas i komfort takiej poczekalni. Bez presji i oczekiwania od siebie zbyt wiele w takich momentach. To, że nie umiesz teraz pisać jest dowodem tego, jak autentyczna jesteś. Żaden z Ciebie robot do produkowania tekstów, a dziewczyna z krwi i kości 🙂

    • Dziękuję Basiu. Mam nadzieję, że za to u Ciebie lepiej 🙂 Uściski!

  • Olu, krzepiące uściski przesyłam. Na mnie na przykład czytanie i pisanie o książkach działa terapeutycznie, pozwala się oderwać od problemów, ale rozumiem, że u Ciebie jest trochę inaczej. Trzymam kciuki, żebyś mimo to odnalazła jakoś równowagę. Pozdrowienia!

    • A Ty byś może wpadła do Warszawy, fajnie byłoby się spotkać i pogadać o książkach :):)
      Mnie niestety książki nie odrywają na tyle, muszę włożyć aktywny wysiłek w to, żeby się skupić na cudzej historii. Ale idzie mi coraz lepiej. Wzięłam się za gruby kaliber – Wilka stepowego – i o dziwo idzie.

      • A będę nawet niedługo, ale tylko przejazdem nad morze :). Jak czasu starczy, to się odezwę, jak nie, to nie bój żaby, coś wymyślimy po wakacjach ;). Czekam na Twoje wrażenia z lektury „Wilka”! To jeden z moich wielkich wyrzutów sumienia. No i Weronikę Gogolę męczysz, z tego co słyszałam ;).

        • Jeśli wystarczy czasu to pisz koniecznie 🙂 Jak nie, to albo wrzesień, a na bank październikowy Conrad, prawda? 😀
          Lektura Aniu jest fantastyczna, wymagająca ale jednocześnie wciągająca, świetnie napisane, no bomba.
          Jezu no co zrobię, męczę Gogolę i dawno mi nic nie szło aż tak opornie. Nie wiem o co chodzi.

          • Ano, na Conradzie to na pewno! Już sobie zaklepałam hostel na cały tydzień :). Moim zdaniem zdarza się czasem tak, że między Tobą a książką „nie ma chemii” i choćby inni nie wiadomo jak chwalili, Tobie będzie się czytało źle i tyle. Ja miałam tak np. z Klimatową „Księgą szeptów” – zachwyty, ekstazy, nagrody, a ja ją ledwo zmęczyłam. Wiadomo, pierwsza myśl wtedy to „co jest ze mną nie tak?”, ale to zupełnie nie o to chodzi, więc nie łam sobie głowy. A „Po trochu” jest moim zdaniem fajne, ale na te wszystkie peany, jakie czytam o nim w sieci, chyba mimo wszystko nie zasługuje.

          • Pewnie masz rację, że zwyczajnie „nie ma chemii”. Z każdą stroną mam wrażenie, że autorka jakoś tak plecie bez sensu. Ale jak pomyślę, że mam napisać o niej niekoniecznie dobrą recenzję to jakoś tak mi głupio aż! Że wszyscy chwalą, a ja jakoś o… niekoniecznie. No ale cóż, czasem tak bywa, widać po Twoim przykładzie z „Księgą szeptów”.

  • Urszula Witkowska

    Potrafisz. Nawet, jak o tym czasem zapominasz. Nawet nie tyle pisać, ale żyć po prostu. Pomyślisz, skąd to wiem, przecież właściwie się nie znamy, ale wiem, takie rzeczy można wyczuć. Wystarczy czasem raz spojrzeć komuś w oczy. A moim zdaniem Ty masz oczy silnej, mądrej kobiety, która tworzy. Mocno trzymam kciuki, żeby Ci się czas w poczekalni nie dłużył, albo może i niech się dłuży i złości czekanie tam, coraz bardziej – jak wolisz 🙂 bo przecież bunt czasem najskuteczniej wyraża z takiej poczekalni drzwi na świat 😉

  • julita bielak

    Niezwykły wpis, ładnie skomponowany, przenosi spokój na człowieka. Bo może to nie jest czekanie, a poszukiwanie, które nie zawsze musi się odbywać w pełnym słońcu i w pędzie tylko po to, by stać się dla samego siebie kłopotem. Niech będzie cień progu balkonu i cisza, która uczy.

    • Dziękuję Pani Julito. Mi ostatecznie też przyniósł jakiś rodzaj spokoju, nawet jeśli nie na długo 🙂

  • Umiesz! Podobno najlepszy sposób na przyciągniecie inspiracji do pisania to siadanie na krześle przed komputerem o tej samej porze każdego dnia i czucie się zainspirowanym do pisania. Czyli inaczej mówiąc pisanie bez względu na to czy inspiracji i chęci są czy nie ma.

    • Małgo, właśnie już to gdzieś słyszałam i wiesz co, spróbuję 🙂

  • Rozumiem Cię… 😣.
    Życzę Ci, żebyś jak najszybciej zabrała swoje toboły, albo je zostawiła, i wyszła z poczekalni 😊.

  • Potrafisz pisać! I trzymam mocno kciuki, żebyś potrafiła też wyjść z tej poczekalni. To bardzo smutne miejsce, nikt nie powinien się tam na długo rozgościć.

    Powodzenia