Narkopolis – Jeet Thayil

1

„…to miasto to duża akumulacja małych porażek, nic więcej, a każdy przybysz ma swój miniaturowy wkład w tę niewyczerpaną startę.” [s.318]

Oto opowieść, w której narratorem jest fajka opium i jej palacz. Po książkę hinduskiego poety, muzyka i ex-narkomana Jeeta Thayila sięgnęłam z zainteresowaniem, odłożyłam – ze znużeniem. Zaczyna się dobrze – ośmio-stronicowym prologiem, który zbudowany jest z jednego zdania, a ja lubię takie językowe popisy. Niestety wraz z kolejnymi rozdziałami dopadało mnie najpierw przeczucie, a potem pewność, że nie wiem co autor chce mi przekazać, a co gorsza, że on sam się też w tym pogubił.

Narkopolis opowiada o Indiach od lat 80-tych do początku XXI wieku, pokazuje nam bombajskie slumsy (z których, swoją drogą, Bombaj w większej mierze się składa), brud, prostytucję, zepsucie i szeroko pojętą nędzę życia ich mieszkańców, na tle konfliktów społeczno – wyznaniowych. Narrator przedstawia nam swoich przyjaciół  z palarni opium – khany, aby następnie przybliżyć nam ich losy, pokazać drogę do nieuchronnego upadku i śmierci, i tak zaskakująco późnej. Przybliża nam rytuały związane z paleniem opium, wprowadza do zadymionych pomieszczeń, gdzie czytelnik po kilku stronach zaczyna gubić się między jawą, a snem, rzeczywistością, a narkotyczną wizją. Widzimy miasto, które samo siebie niszczy, fragment po fragmencie, człowiek po człowieku. 

„…bo przecież na tym właśnie polega prawdziwa wolność, na prawie wyboru, na doskonałym i pełnym wyzwoleniu, jakie niesie możliwość samodzielnego decydowania, co dobre, a co złe, i wyborze zła, jeśli tego człowiek właśnie pragnął.” [s.291]

Tak, wybór zła. Bohaterowie Narkopolis podkreślają, że to nie od heroiny się uzależniają, lecz od dramatu życia. Powstaje w głowie pytanie, czy gdyby mieli inny start, gdyby funkcjonowali w nie tak biernej i bezwładnej społeczności, też wybrali by zło, czy wybraliby „dramat życia”.  

Jeet Thayil, jako były narkoman chciał nam zapewne pokazać ten świat od środka,  teoretycznie mu się to udało…ale jakoś nie do końca. Książka ze względu na swoją tematykę powinna była wzbudzić we mnie jakieś emocje, poruszyć mnie, zezłościć, a ja nie poczułam nic. Cały czas zastanawiam się, z czego to wynika, czy ze stylu pisania, czy z tego chaosu, który tutaj nie pomagał, a przeszkadzał, ale to wciąż nie to. Może chodzi po prostu o to, że postacie skonstruowane przez hinduskiego poetę są płaskie, niczym mnie nie zaskoczyły, miałam dziwne wrażenie jakby autor sam był nimi zmęczony. 

Dość pobieżnie, ale jednak, książka pokazuje motyw konfliktów na tle religijnym w Indiach, odwieczne ścieranie się hindusów z muzułmanami. 

Tym co bardzo zwróciło moją uwagę i przeszkadzało zwłaszcza na początku książki, był to, że w treści pojawia się wiele słów dla polskiego czytelnika niezrozumiałych – nazw potraw, najróżniejszych narkotyków i substancji, części ubioru (i nie mówię tu rzecz jasna o burce, ani o sari 🙂 ). Tym co pozwala mi wejść w świat wykreowany w książce są między innymi smaki i zapachy otaczające bohaterów. Lubię wiedzieć co jedzą, jak, w co są ubrani. Owszem, w niektórych utworach skoncentrowanych na życiu wewnętrznym postaci nie jest to tak istotne, ale w tym konkretnym przypadku, jeśli miałam wejść w świat bombajskich slumsów, to chciałam poczuć ich zapach na swoich włosach.

Kończąc Narkopolis myślałam sobie, że jednak narkomani i pijacy piszą tylko dla siebie, nie dla innych. Z bliżej nieokreślonych przyczyn jest bardzo modne czytać ich utwory i przypisywać im niespotykaną w innych głębię. Sytuacja ma się tak z pewnym znanym pisarzem polskim, który w opisywaniu pijaństwa się lubuje, i jak powszechnie wiadomo, sam z owym alkoholem ma problem, spodziewać by się mogło, że pod jego wpływem tworzy, a i tak uznaje się go za wybitną wybitność. A dla mnie to jednak zawsze trochę bełkot w ładnej okładce. Czy tak rzecz ma się z powieścią hinduskiego pisarza? Oceńcie sami, ale w moim poczuciu to przerost formy nad treścią.

Narkopolis pachnie nostalgią. Nostalgią za czym co już nie wróci, za miejscami, których już nie ma, za zwyczajami, których nikt już nie praktykuje. Pachnie melasą, snem i chorobą. Jak fajka.

„Dochodziło południe, lecz w khanie już się ściemniło, panował w niej jakby permanentny półmrok. Skłaniało to ludzi do mówienia szeptem, jakby znajdowali się w miejscu modlitwy, co w ich mniemaniu było prawdą. Już teraz zdarzały się momenty, kiedy Rashid czuł, jak wszystko to się wymyka, sposób życia odchodzący na jego oczach w przeszłość, fajki, lampki oliwne pokryte latami czarnego osadu, rozmowy zaczynane i porzucane w połowie, wszystkie te rytuały, które szanował i których przestrzegał – wszystko znikało.” [s.178]

A.

* wszystkie użyte w tekście cytaty pochodzą z omawianej książki

 

 


 

2

tytuł: Narkopolis (Narcopolis)

autor: Jeet Thayil

tłumaczenie: Agnieszka Walulik

wydawnictwo: WAB

rok wydania: 2012

Ilość stron: 349

Moja ocena: 2,5/6