Lotnisko w Monachium – Greg Baxter

16

 

Jestem przerażony, że jestem uwięziony w tym jednym życiu, w jednym czasie i jednym ciele, i że nie będzie już innych czasów ani innych ciał.

Tak naprawdę, to aż dziwne, że sięgnęłam po tę książkę. Miałam na stosiku przy łóżku przynajmniej trzy pozycje z biblioteki i drugie tyle własnych, z którymi się dużo bardziej spieszyłam. Ponadto Greg Baxter – debiutant, nazwisko zupełnie mi nieznane, a co najgorsze, debiutant amerykański. Nie zrozumcie mnie źle – klasyków literatury amerykańskiej cenię bardzo – Faulkner, Fitzgerald i Steinbeck to autorzy, których uważam znać trzeba. Aczkolwiek współczesna literatura amerykańska dla współczesnego amerykańskiego odbiorcy nie mówi do mnie wcale, nie kusi mnie, nie woła, generalnie jestem na nie i literatura europejska jest zawsze o dziesięć kroków przed tą zza Atlantyku.  

Dlaczego więc się zabrałam za Lotnisko…? A dlatego, że książę polecił red. Michał Nogaś z Radiowej Trójki. Jeszcze tego nie wiecie, więc wam powiem, że rekomendacje ww. są dla mnie bardzo wartościowe i często kieruję się nimi przy wyborze lektur – a więc kupiłam sobie pana Baxtera  w wersji elektronicznej (nie papierowej, bez przesady 😉 ).

Jakie są moje refleksje?

Otóż Lotnisko w Monachium to opowieść w formie strumienia myśli głównego, bezimiennego bohatera. Sądzę, że ma po czterdziestce. Poznajemy go na lotnisku, lotnisku w Monachium oczywiście, gdzie oczekuje na odlot samolotu do Atlanty, a stamtąd dalej do Kalifornii. Razem z nim jest jego ojciec, przedstawicielka amerykańskiej ambasady i siostra – Miriam. A właściwie ciało Miriam, która zagłodziła się na śmierć. To właśnie dlatego ojciec i syn spotkali się w Niemczech – aby zidentyfikować i przewieźć jej ciało do Stanów. Ojciec nie widział córki dwadzieścia lat, brat cztery.

Lot się opóźnia. Wiele godzin. Mgła wisi nad Monachium gęsta jak mleko. Oczekiwanie, które powoli staje się zalążkiem szaleństwa, wywołuje falę wspomnień dotyczących siostry, ale przede wszystkim narratora – Amerykanina mieszkającego w Londynie. Mógłby on być każdym i żadnym z nas, bez imienia, jest niemal postacią uniwersalną. Jego historia i  jego problemy dotyczą tysięcy innych osób. Autor zbudował swojego rodzaju studium współczesnego człowieka i człowiek ten jest okrutnie samotny. Jest zachłanny, jednocześnie nic tak naprawdę nie chcąc, nie ma ideałów i w nic już nie wierzy, a sama egzystencja wypełnia go obrzydzeniem. Osaczony przez przedmioty, pozbawiony relacji z innymi ludźmi, kompletnie pusty w środku, jest tylko zbiorem fizjologicznych potrzeb i odruchów, które uderzają czytelnika swoją brzydotą i koniecznością.

To bardzo smutno-prawdziwy obraz. Czytając, myślałam o tym, że chwilami można się w nim przejrzeć i zobaczyć siebie samego. Nie chce się  tego widzieć.  Bo jak się nad tym zastanowić, to bohaterowie opowieści: ojciec, syn, nieżyjąca matka i córka, a także różne postaci poboczne, to zupełnie zwyczajni ludzie. To nie jest historia o patologii, lecz patologię przedstawia – dzień dzisiejszy, w którym jesteśmy sami jak palec i nic nie ma ani za nami, ani przed nami.

Przypadkowe spotkania i przypadkowe emocje. To wszystko co zostało, tym należy się nasycić.

Trudność spędzania z tobą czasu polega na tym, powiedziała mi kiedyś, że widzi się twoje rozczarowanie wszystkim. Jestem rozczarowany wszystkim, rzuciłem w żartach.

Sposób narracji „Lotniska…”, strumień biegnących chaotycznie myśli i skojarzeń, jest bardzo adekwatny do treści. Książa jest napisana nieliniowo, wątki mieszają się, uzupełniają nawzajem, autor nie trzyma się chronologii wydarzeń, a mimo to, czyta się bardzo płynnie.

Debiut Baxtera nie jest moim zdaniem wybitny, jak to określił ,,The Guardia”, ale na tyle dobry, że daje do myślenia, zostaje jakiś czas z czytelnikiem i pyta: A ty? czy możesz powiedzieć, że nie jesteś taki? Że to cię nie dotyczy? 

otem przychodzi mi do głowy, że jestem całkiem pogrążony, że jestem obecnie kompletnie pogrążony w medium funkcjonujących lub niefunkcjonujących symboli, z którego nie wyzwoli mnie żadna retoryczna nadaktywność czy upiększanie, że nie ma języka, który tylko ja rozumiem – nie ma prywatności, w której mógłbym się ukryć.
Teraz będę rzygał.

 

A.

*wszystkie użyte w tekście cytaty pochodzą z omawianej książki


 

 

tytuł: Lotnisko w Monachium (Munich Airport)625d5b6caf5ed8553104391eac44c311

autor: Greg Baxter

tłumaczenie: Jędrzej Polak

wydawnictwo: Czwarta Strona

rok wydania: 2015

ilość stron: 316

Lotnisko w Monachium [Greg Baxter] - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE