Legenda o samobójstwie – David Vann

Może bym się poddał, gdyby nie to, że był jedynym moim ojcem na całym świecie, marna pozostałością po wszystkich tych zalotnikach i potencjalnych zalotnikach. Działałem z tym co miałem.*

W pewnym sensie chyba nigdy nie uwierzył w śmierć ojca. W samobójstwo. Nigdy nie zobaczył jej na własne oczy. Wciąż wyobrażał sobie, że tata jednak ożył, a może w ogóle nie umarł i chodzi gdzieś po alaskańskich zaśnieżonych bezdrożach żyjąc jak pustelnik.
Zatem to tylko legenda, coś w co nie końca wierzymy, ale co jednak nosi w sobie znamiona prawdy. To aż legenda, coś co idzie za nami krok w krok przez całe życie niczym cień, nie daje spokoju, mąci myśli, każe snuć scenariusze coraz straszniejsze i brutalniejsze w swej istocie.
Legenda o samobójstwie.
Bardzo było mi z nią trudno.

Stoję tutaj w wodzie, mówiłem do siebie, próbuję pozbyć się uczucia, że być może tragedie, które przez lata sobie wyobrażałem, rozwód i samobójstwo, którym pozwoliłem ukształtować moje życie, były czymś zupełnie innym, a przynajmniej nie tym, co sobie wyobrażałem. Ale wtedy co z tym, kim się stałem? 

Autoterapia bez taniego sentymentalizmu

Legendę o samobójstwie można czytać bez znajomości biografii autora i literacko nic jej to nie ujmie. Jednakże świadomość historii dorastania Davida Vanna i tragedii jaka go dotknęła pozwoli na pełniejsze zrozumienie książki, ale przede wszystkim na docenienie trudu jej napisania. Ojciec pisarza zabił się, kiedy ten miał 13 lat. 6 lat później David zaczął pisać historie składające się na Legendę… Ostatnią kropkę postawił niemal dekadę później (a od tamtej pory napisał jeszcze kilka książek). Jak dowiadujemy się z innych źródeł, przez dłuższy czas nie mógł znaleźć dla niej wydawcy. Dopiero wygrana w konkursie literackim Grace Paley doprowadziła do publikacji książki.

Autor w wywiadach szczerze mówi o tym, że pisanie stanowiło dla niego element autoterapii i radzenia sobie ze spustoszeniem, jakie pozostawiła po sobie utrata ojca. Co jest wyjątkowo cenne ( i rzadkie!) w tym kontekście to to, że udało mu się uniknąć sentymentalizmu, ckliwości, łzawości i tych wszystkich cech, których w literaturze nie znoszę i od których tylko bolą mnie zęby.

Kiedy o tobie zapomnę, stanę się kimś innym**

Legenda o samobójstwie osadzona jest w miejscu dorastania Vanna, czyli na Alasce, i opowiada o bardzo trudnej i złożonej relacji ojca i syna. To z poziomu fabuły. Ale na poziomie emocji, jest to książka o bezsilności, frustracji, ogromnej złości i żalu syna do ojca. I niezrozumieniu, które jest źródłem wszelkiego poczucia krzywdy.

Rozpoczynając podróż po literackim świecie Vanna już wiemy, co się stanie. Zaczynamy od śmierci, aby później tę śmierć obchodzić dookoła, z każdym okrążeniem będąc bliżej niej.

Czytelnik wyczuwa rosnące napięcie, nieubłaganie zbliżające go do punktu kulminacyjnego, które nagle podcina mu nogi. O tak, David Vann zagrał nam na nosie. Tak naprawdę wcale nie wiedzieliśmy co się stanie, jak wielka jest jego wściekłość na ojca.

Być może nie byliśmy nigdy dla ojca wystarczająco dobrzy. A być ojcem nie jest łatwo. To zabrzmi cynicznie, ale ja nie chcę być cyniczny – zdarzało się, że ojciec pokazywał mi bardzo wyraźnie, czym się stanę, a to z pewnością zawsze jest dar, nawet jeśli nie zawsze błogosławieństwo.

Kiedy pisarz dowiedział się o samobójczej śmieci ojca, przez trzy lata wszystkim mówił, że ten zmarł na raka. Nie było w nim zgody na to kim tata, w jego pojęciu, się okazał. Mięczakiem. Mężczyzną, który całe życie podejmuje szereg złych decyzji, któremu nic nie wychodzi i który płacze po nocach w poduszkę, aby ostatecznie odebrać sobie życie strzałem w głowę.
Jednocześnie książka pokazuje, że figura ojca go ukształtowała, położyła się cieniem na latach młodości i dorosłości, nie pozwoliła o sobie zapomnieć.

Legenda w 6 aktach

David Vann rozlicza się z ojcem w 6 opowiadaniach, połączonych ze sobą bohaterami i historią.

Pierwsze trzy stanowią swoiste preludium do czwartego, najdłuższego i najważniejszego. To w nim ojciec Roya, Jim, stawia wszystko na jedną kartę i postanawia spędzić z synem rok na całkowity odludziu, Wyspie Sukkwan. Ostatnie dwa opowiadania domykają całość i są wyciszeniem po burzy. Czytając Legendę… wyraźnie odczuwamy, że nie została ona napisana na jednym wydechu, czuć w niej upływ czasu i dojrzewanie autora, z którym dorasta także bohater.

Pisarz operuje wyrazistym, skondensowanym językiem, który bardzo mi tutaj odpowiada. W opisach przeżyć bohatera brak liryzmu, jest za to autentyczność, nic nie jest przegadane. Momenty bardziej metaforyczne, które również się pojawiają, pokazują literacką sprawność Vanna i jego zdolność do omijania raf taniego sentymentalizmu.
Czytając myślałam sobie o książce Jak się ma Twój ból Garniera (recenzja TUTAJ). Kunszt pisarza poznajemy po tym, że nie potrzebuje wielkich słów, wywracania flaków na drugą stronę, epatowania rozpaczą i dramatem (i 600 stron), żeby tę rozpacz pokazać przyciszonym głosem. A taki głos uderza we wrażliwego czytelnika najmocniej.

Ojciec spojrzał na niego. Nie mazgaj się, rzucił. To nie miejsce dla beksy. Odszedł z powrotem do lasu, a Roy wziął siekierę i rąbał, i nienawidził swojego ojca. Tego miejsca także nienawidził, i słuchania, jak ojciec co wieczór płacze. Mówił coś o beksach? Ale wtedy poczuł się głupio, bo wiedział, że te nocne płacze to coś innego, coś, co bał się zlekceważyć.

Bezsilność ze złości/złość z bezsilności

Dojmującym uczuciem unoszącym się nad całą książką jest bezsilność i złość. Legendę… odczytuję jako rozliczenie się z ojcem, a nawet swego rodzaju rewanż za krzywdy. Vann zdaje się mówić zobacz przez co przeszedłem, jak bardzo przez ciebie cierpiałem. Dzieje się w tej prozie coś wyjątkowego, ponieważ jednocześnie widzę w niej wściekłość, empatyczne porozumienie oraz współczucie. Wierzę, że właśnie takie uczucia mogły ogarniać nastolatka, który obserwował swojego ojca nie mogąc zrobić zupełnie nic, aby mu pomóc.

Uważam, że książka Vanna nie stanowi dowodu na jego zrozumienie decyzji ojca. Myślę, że pisał w tym samym celu, w którym Roy strzelał do lamp ulicznych, sygnalizatorów świetlnych, okien i drzwi we własnym domu. Aby ulokować gdzieś złość i żal, przełożyć te uczucia na działanie, ponieważ bycie z nimi jest wyniszczające.

Owszem, ostatnie dwa rozdziały (opowiadania) pokazują, że dorosły Roy/David złapał w jakimś stopniu dystans do samobójczej śmierci ojca. Bohater próbuje spojrzeć na ojca bardziej całościowo, poniekąd zrozumieć jego decyzję. Nie sądzę jednak, że to udaje się w pełni, ani że uda się to kiedykolwiek.

Pisząc ten tekst zaczęłam się mylić w postaciach, nie wiem już kiedy pisałam o książkowym Royu, a kiedy o pisarzu Davidzie. Czuję, że są jednym i tym samym: młodym chłopcem, który nie rozumie źródła rozpaczy swojego rodzica, boi się jej, a jednocześnie próbuje wziąć na barki jego cierpienie.

Cieszę się, że nowo powstałe wydawnictwo Pauza debiutuje z tak dobrym tytułem. Spodziewam się kolejnych na tym samym, albo lepszym poziomie. Proza, z którą trzeba się zmierzyć, choć będzie to przeprawa zaskakująco bolesna.

– Co jeszcze?
– Nie rozumiem.
– Co jeszcze powinienem o tobie wiedzieć? Bo wiesz, wiem bardzo mało.
– Dobrze, synu, pozwól, że opowiem ci wszystko.

A.

Legenda o samobójstwie, David Vann, tłum. Dobromiła Jankowska, wyd. Pauza, Warszawa 2017

*wszystkie cytaty pochodzą z omawianej książki.

**tytuł książki Idy Linde, który jakoś dobrze mi tutaj pasuje


O Legendzie poczytacie również na: