Czasem książka jednak hańbi, czyli jesteś tym co czytasz

Składamy się z wyborów, których każdego dnia dokonujemy. Wybór tego, co czytamy jest takim samym, jak wybór tego, co zjemy na śniadanie i jaki film obejrzymy wieczorem. Rzeczy, które wrzucamy do swojej głowy i żołądka kształtują to, kim jesteśmy, jak myślimy, jak czujemy. Dlatego, tak jak nikt nie powie nie ważne co jesz, bylebyś jadł, tak samo nigdy nie zgodzę się ze stwierdzeniem nie ważne co czytasz, bylebyś miał jakąś książę w ręku. Bo jak napisała Małgosia z bloga oświaty kaganiec, nie wszystko, co z dwóch stron otaczają okładki, jest literaturą. Jesteś tym, co czytasz.

Jej wczorajszy tekst o elitarności czytania połaskotał mnie w środku i uradował. Lubię kiedy ktoś inny mówi na głos moje myśli (rys narcystyczny). Chodzi o dwie połączone ze sobą kwestie: o to jak przedstawiamy czytanie jako takie oraz co wybieramy na nasze lektury.

Today a reader tomorrow a leader

Wszystko chyba zaczęło się od tego, kiedy razem przysłuchiwałyśmy się spotkaniu blogerów z Anną Dziewit-Meller podczas Literackiego Sopotu 2016. Padło tam stwierdzenie, że promowanie czytelnictwa jako czynności elitarnej, z wyżej półki to błąd. Bo szary Polak się przestraszy i wróci do oglądania Klanu, bo czytanie go przerośnie.  Nie zgadzam się z tym.
Nie możemy stawiać na równi serialowego tasiemca czy telewizyjnego śmietnika w ogólności, z literaturą. Nie możemy promować czytelnictwa mówiąc, że to taka sama rozrywka jak każda inna. Dlatego, że tak nie jest. Czytanie, czytanie literatury, wymaga więcej: zaangażowania, wysiłku, myślenia, uwagi, skupienia.

I bardzo dobrze! Przecież trzeba przed człowiekiem stawiać jakieś wyzwania, ambicje, motywować, aby oczekiwał od siebie więcej. To się nazywa rozwój. Dlaczego mamy nie mówić w mediach, przede wszystkim młodym ludziom: czytaj – stawaj się lepszy?

Czasami jednak lepiej nie czytać wcale

Oczywiście od razu staje przed nami druga kwestia, czy każda książka jest warta tego, aby nazywać ją literaturą. Nie, nie każda. Nie każda lektura ubogaci, pozwoli zrozumieć jakieś zjawisko, nauczy empatii i samodzielnego myślenia. W książkach jest tak samo dużo śmieci, co w kolorowych obrazkach w telewizji i uwierzcie, że czasem przeglądając tytuły w księgarni sieciowej (w której miałam swego czasu nieprzyjemność pracować 5 miesięcy) byłam przekonana, że lepiej nie czytać nigdy nic, niż to, co trzymam właśnie w ręku. Poza tym, w czasie tych samych 5 miesięcy powracającym do mnie codziennie pytaniem było to, dlaczego klienci księgarni mają na ustach wciąż to samo zdanie: poproszę coś lekkiego. Dlaczego w kółko coś lekkiego, dlaczego nikt do mnie nie podchodził i nie mówił poproszę coś dobrego albo poproszę coś ważnego.

Ano dlatego, że tego nauczyła nas kultura masowa – łatwej rozrywki, niewymagającej ani grama myślenia. Nauczyła nas także niewychylania się przed szereg, a zatem między innymi czytania tego, co wszyscy. Z drugiej strony jednak, z każdej reklamy samochodów, ubrań czy kosmetyków uderza w nas hasło o byciu wyjątkowym, należeniu do grona wybrańców. I tutaj to nikomu nie przeszkadza! Jakoś tylko w obszarze kultury elitarność kojarzy się pejoratywnie.

Wspomniany wcześniej rozwój polega na tym, że z pewnych rzeczy się wyrasta, a dorasta do innych. Tak, ja też czytałam Coelho i twierdziłam, że on wie wszystko o życiu; kiedy miałam 14 lat. W psychologii jest takie zjawisko jak moratorium – przedłużający się stan zawieszenia, zwlekanie z wejściem w dorosłość. Może tak samo działa to w obszarach intelektualnych. Z lenistwa?

Zatem bądź wyjątkowy i czytaj dobrą literaturę

Przeglądacie czasami biblioteczki hotelowe złożone z porzuconych książek? Ja tak, żeby sprawdzić co czytają rodacy. Zwłaszcza za granicą, w kurortach w ciepłych krajach. Zgroza. Nie boję się powiedzieć na głos, że znakomita większość tego, co wychodzi dzień w dzień na rynku wydawniczym to bełkot. Jesteśmy zalewani bylejakością. I ktoś to kupuje.

Widzicie, to nie jest tak, że mamy wszyscy czytać to samo. Tylko pewnych rzeczy po prostu czytać się nie powinno. Dlatego, że kształtują fałszywy obraz świata, nadmiernie upraszczają, utrwalają schematy i stereotypy. Ewentualnie po prostu są grafomaństwem ;).

Nie będę tutaj rzucać autorami, tytułami ani gatunkami. Mam dziwne przeczucie, że czytelnicy tego bloga wiedzą, co mam na myśli. I nie to jest tutaj kluczowe. Kluczowy jest, jak napisałam na początku – nasz wybór. A jeśli nie wiemy co wybrać? Szukajmy osób, miejsc w sieci i w naszym mieście, gdzie ktoś nam podpowie co warto.

Aha i może kluczowa uwaga na koniec, żebyście z tego tekstu nie wyciągnęli wniosku, że uważam, że wszyscy jak jeden mąż powinniśmy czytać wyłącznie dla samorozwoju i wiedzy, książki trudne i poważne. Absolutnie nie, nie i jeszcze raz nie! W całym tym moim wywodzie chodzi o to, żeby właśnie czytać dla przyjemności i w tym celu wybierać wartościowe pozycje, które poza rozrywką dadzą nam coś ekstra: lekcję wrażliwości, lekcję empatii, lekcję zrozumienia, czy poczucia humoru. W małych dawkach, tak, że nawet nie zauważycie. Wciąż przyjemność, ale podana może lepszym językiem, mniej schematycznie, z pomysłem.

Już to gdzieś napisałam: szkoda życia na złe książki, słabe filmy, niczego nieuczące nas doświadczenia. Jesteś tym, co czytasz, więc pozwól sobie wypełnić się wartościowymi treściami.

A teraz się pokłóćmy! Jestem pewna, że część z Was się ze mną nie zgodzi i to fantastycznie. W natłoku ohydnych kłótni w sieci, miło by było posprzeczać się o podejście do książek.

A.


W tym temacie również wypowiedziały sie w późniejszym czasie inne blogerki, polecam lekturę, również (a może szczególnie komentarzy) 🙂

  • Między sklejonymi kartkami – o poszukiwaniu złotego środka pomiędzy literaturą ambitna i głupią
  • Skrytka na kulturę – szuka złych książek
  • Booklove – a dziewczyny jednak obstają przy zdaniu, że ważne jest samo czytanie, a co, to już kwestia drugoplanowa

  • Spodobało mi się to stwierdzenie: „Jakoś tylko w obszarze kultury elitarność kojarzy się pejoratywnie”. To takie prawdziwe. Studiowałam polonistykę i znałam osoby, które mi zarzucały snobizm – bo czytam klasykę literatury (!). Myślę, że masz sporo racji w tym, co piszesz. Coraz więcej jest kiepskich książek, ale trudno na to coś poradzić. Każdy dziś może napisać i wydać książkę. W związku z tym poziom literatury jest bardzo zróżnicowany. Czasy się zmieniały, a wydawnictwa robią co chcą 😉
    Raczej należy mówić o tym, aby nauczyć się czytać też literaturę z wyższej półki, uważaną za wartościową przez środowiska literackie, będące w tej kwestii autorytetami, a nie ograniczać się tylko do tej, którą nam wciskają reklamy.
    Pozdrawiam!

    • Dziękuję Ci za Twój komentarz 🙂 No bo jest coś takiego prawda? Z tym zarzucaniem snobizmu. Mam swoja teorię na ten temat – w obszarze kultury „używanie” rzeczy z wyższej półki, czy to będzie chodzenie do opery, teatru czy czytanie od czasu do czasu trochę lepszych książek niż czytadełka wymaga wysiłku intelektualnego, a my tego nie znosimy ;). Co innego kupić sobie toster marki X za 800 zł bo ładny. To już przecież żaden snobizm prawda? Myślę sobie teraz o jednym lifestylowym blogu, gdzie autorka poleca tego typu produkty, cholera jej nikt snobizmu nie zarzuca, ona po prostu poleca absurdalnie drogie przedmioty.
      Ściskam,
      A.

  • Pingback: Czy można czytać "złe książki"? - Skrytka na kulturę()

  • Z jednej strony się z Tobą zgadzam, ale w sumie nie do końca. Studiuję polonistykę, czytam ogrom świetnych i bardzo wartościowych pozycji, ale mimo wszystko sięgam czasami po te „złe” książki z pełną premedytacją – żeby po prostu przekonać się o ich beznadziejności na własnej skórze. I nie robię tego, bo uwielbiam czytać badziewną literaturę a raczej z pobudek… naukowych. 😀
    Poza tym to, co dla mnie jest złe, dla kogoś innego, kto na przykład nie ma absolutnie żadnej wiedzy literaturoznawczej, będzie to literackie arcydzieło. 🙂

    • Haha to też jest jakaś metoda. Moi rodzice ostatnio byli na urlopie i sięgneli po książke z tejże właśnie hotelowej biblioteczki. Twór skrajnie prawicowo ideologiczny, z nutką faszystowska antysemicka. Koszmarek. Doczytali do połowy w celach naukowych i zwątpili 😛

      Na pewno jest tak jak mówisz. Do dziś będę wspominać jak w czasach kiedy wyszedl Grey na rynek książki, podeszła do mnie koleżanka i powiedziała, że przeczytała „najlepszą książkę w życiu Ola!’ :D. Sytuacja z życia, żadna ściema. No tak, była to osoba niekoniecznie czytająca i faktycznie bez wiedzy literaturoznawczej. Ja z kolei starałam się jej pokazać innych pisarzy, bez większego skutku, muszę przyznać.
      Nie wiem o czym to świadczy.

      • Najpierw miałam napisać oddzielny komentarz z moją opinią, ale zaczęłam czytać Waszą wymianę zdań i postanowiłam dorzucić swoje trzy grosze do dyskusji, zwłaszcza że, o czymś mi ona przypomniała. Ogólnie stoję na takim samym stanowisku jak Ola, że trzeba umiejętnie selekcjonować lektury i nie czytać chłamu. Utwierdziłam się w tym przekonaniu, gdy z powodów zawodowych musiałam ostatnio przeczytać naprawdę dramatyczną powieść z fabułą tak przewidywalną i miałką, że nawet całkiem znośny język jej nie uratował. Jednocześnie przypomniałam sobie, że jakiś czas temu mieliśmy z moim chłopakiem chyba dość oryginalną guilty pleasure, a mianowicie wspólne czytanie na głos lekko kiczowatych książek, najczęściej nadętych wspomnień francuskich polityków (tak, jesteśmy freakami, właśnie zdałam sobie z tego sprawę :D), ale też, przy tej okazji, wpadła nam w ręce głośna książka byłej pierwszej damy Valérie Trierweiler (wyszła również w Polsce). Wspomnienia te były szeroko krytykowane a nawet obśmiewane przez francuskie i europejskie media, a gdy je czytaliśmy okazało się, że wcale nie jest to tylko i wyłącznie strumień jadu i ta kobieta naprawdę ma coś do powiedzenia o pozycji kobiet w życiu politycznym i dyplomacji oraz o tym jak wyglądają kulisy władzy.
        Morał z tej przydługiej opowieści jest taki, że czasem, choć nadal uważam, że rzadko, można się co do lektury pomylić i niekiedy warto dać szansę książkom z niższej półki, co oczywiście nie jest wielkim odkryciem. 😀 Niemniej, na co dzień pozostanę przy literaturze bardziej w moim guście. 😉

        • Na studiach mialam zasade, ze jesli biore juz do reki, to w ostatecznosci traktuje naukowo i zawsze koncze. Oduczylam sie dopiero jakas dekade po dyplomie. Zdalam sobie sprawe, ze nie musze sie meczyc, bo pracy z tego pisac nie bede. Mam poza tym za soba okres, kiedy oswiadczylam, ze przestaje czytac. Calkowite oczyszczenie.
          Zgadzam sie z teza Autorki artykulu, Oli. Tak, stajemy sie tym, co czytamy. Jesli chcemy uslyszec siebie i przypomniec swoj styl, to czasem trzeba nawet przestac sluchac innych i wyjsc na pustynie. Przesylam serdecznosci! 🙂

          • ” Jesli chcemy uslyszec siebie i przypomniec swoj styl, to czasem trzeba nawet przestac sluchac innych i wyjsc na pustynie. ” – o jakże mi się to zdanie podoba 🙂
            Ja też mam za sobą (jakieś 3-4 lata temu) kompletną przerwę w czytaniu. Miałam poczucie, że nie wiem co czytać, że tytuły promowane są miałkie i nijakie i ostatecznie te książki nie stanową dla mnie wartości. Byłam totalnie zniechęcona. W końcu sięgnęłam do miejsca, które nie wiedzieć czemu wcześniej ignorowałam, czyli biblioteczki rodziców. I poszło! Znalazłam tam wspaniałą literaturę, która nie rozczarowuje 🙂 Chyba odbiegłam od tematu, ale tak mnie naszło na wspominki 🙂
            Serdeczności,
            A.

          • Olu, wychodzi na to, że faktycznie mamy za sobą podobne doświadczenia. W każdym razie, gdy już nie ma co czytać, zawsze można sięgnąć na przykład po Czechowa. Według mnie to najlepsza odtrutka na wszystko. 🙂
            Pozdrowienia!
            SC

          • Zdecydowanie, Czechow jest dobry na wszystko. I w książce i na deskach teatru. :))
            Serdeczności!
            A.

        • Obawiam się Ewelino, że to co dla Ciebie jest literaturą z niższej półki…. to wcale nie jest literatura z niższej półki tak naprawdę :D. Uwielbiam takich freaków jak wy!! Uściski!!
          PS Wpadłabyś znowu do Warszawy, co? 🙂

  • Mnie zastanawia jak zdecydować, które książki są wartościowe, a które nie. Dla kogoś seria szwedzkich kryminałów może być po prostu stratą czasu, a dla kogoś wciągającą lekturą, którą oddaje się w czasie urlopu. Sama czytam sporo książek sportowych, o sporcie, różnego rodzaju biografie sportowców, dziennikarzy, opisy wyścigów. Ktoś, kto nie lubi sportu i uważa go za mało ważną część życia, może uznać, że nie czytam wartościowej lektury. Ale po pierwsze interesuje mnie to, a po drugie potrzebne jest to mi do mojej potencjalnej pracy (naukowej). Dla mnie czytanie to hobby i zajęcie jak każde inne. Nie widzę elitarności w czytaniu.

    • Hmm to chyba mówisz o czymś innym teraz: oczywiście, że nie każdego interesuje dana tematyka i bardzo dobrze, zajmujemy się w życiu różnymi rzeczami 🙂

      • Wydaje mi się nie do końca. Bo dla kogoś biografia Zlatana nie będzie literaturą wysokich lotów. Właśnie o to chodzi. Każdy ma inne zainteresowania, co przekłada się na różną literaturę, czy filmy, które oglądamy.

  • Pingback: Booktalks 5 O elitarności czytania, Chodakowskiej, Żulczyku i kilku blogerkach książkowych – booklove!()

  • Niespodziegadki

    Nie mamy zamiaru zabraniać nikomu czytania „Pięćdziesięciu twarzy Greya”, ale mówiąc szczerze, denerwuje nas panująca obecnie moda na zrównywanie czytadeł z literaturą piękną z prawdziwego zdarzenia. Bo a nuż ktoś się poczuje urażony! Bo jakie mamy prawo oceniać? (Ano istnieją pewne wypracowane przez lata kryteria, z czego, jak widać, wiele osób nie bardzo zdaje sobie sprawę). Czytać każdy może i to do niego należy wybór książki, ale też umówmy się, że E.L. James to nie Dostojewski, a pochłonięcie harlekina to nie to samo co wnikliwa lektura dramatu Samuela Becketta. W nosie mamy to, czy ktoś się obrazi: tak, powieści Mabanckou są lepsze niż książki Jodi Picoult (co nie oznacza, że czytelnicy Mabanckou są lepszymi czy bardziej wartościowymi osobami, a co najwyżej, że dysponują większym kapitałem kulturowym).

    • Właśnie trochę też tak mi krąża takie myśli po głowie, że dziś już nie można niczego skrytykować, i chyba dlatego nie mamy już w Polsce krytyki literackiej. Na obiegłym Conrad Festivalu było świetne spotkanie na ten temat – nic już nie krytykujemy, za to wszysko polecamy. Ja tak sobie myślę, no trudno, czasem ktoś musi się poczuc urażony.
      Chyba to chodzi o to co piszesz (piszecie?nigdy nie wiem czy mówić mam do Niespodziegadek w liczbie mnogiej, ale chyba tak :D), żeby umieć odrożnić książkę od książki i nie stawiać znaku równości nad każdym przedmiotek, który jest zbiorem zapisanych kartek.

      PS Tak, książki Mabanckou są lepsze od Picoult, Bondy, Mroza i Jo Nesbo razem wziętych 😀

  • Kinga Mierzejewska

    Nie mogę pojąć skąd wzięło się to przedziwne snobowanie literaturą.Skąd snobizm na nieczytanie Coelho. Ostatnio w Wysokich Obcasach czytałam list od pani która w towarzystwie została obśmianą, gdy powiedziała, że jest jej ulubionym autorem. A pan Mariusz Szczygieł zasugerował jej w swojej odpowiedzi, że powinna wybierać ambitniejszych pisarzy. Taka krytyka to żenada. Czytamy to co nam sprawia przyjemność, co trafia w naszą wrażliwość, czytamy także by odpoczywać. Nie wyobrażam sobie czytania czegoś tylko dlatego, że uchodzi obecnie za trendy. Trendy mijają, za parę lat będzie wstydem zachwycać się tym co modne dziś na salonach. Zwłaszcza iż wiele z tych mód kreują wydawcy, a blogerzy dzielnie ich wspierają.I niekoniecznie są to publikacje wysokich lotów. Obciachem jest dla mnie za to gdy jedna z młodych pisarek literatury erotyczno- romanycznej wysyła całuski i serduszka, czytelniczce, która pisze, że książki owej pisarki stoją na jej półce obok Greya. To jest dopiero obciach, a nie Coelho.

  • Zgadzam się co do zachęcania do takiego osobistego podejścia: staram wybierać wartościowe lektury, nie czytam byle czego. Ale ton całości jest za bardzo elicystyczny. Dla mnie czytanie to jest autentycznie rozrywka taka jak chodzenie do teatru czy do kina; faktycznie trudno nie oceniać, trudno nie dostrzegać, że są książki wysokich i niskich lotów, ale żeby zaraz potepiać czytanie literatury masowej? To prawda, ja sama kręcę nosem na Evansy, Michalak i E.L. James, ale w życiu nie powiedziałabym, że lepiej nie czytać w ogóle niż czytać słabe książki. Bo to tak, jakby komuś posiedzieć, że zamiast słuchać popu lepiej w ogóle nie słuchać muzyki, bo pop jest słaby i tylko muzyka klasyczna i jazz to muzyka godna słuchania. A co, jeśli pomimo durnego tekstu i prostej jak cep melodii akurat słuchanie tej konkretnej popowej piosenki mnie uszczęśliwia? Warto zachęcać do dobrej literatury, warto walczyć z bylejakością. Ale ja bym absolutnie nie potepiała bezmózgiej rozrwyki przy słabej książce.

    • Siedzę i zastanawiam się nad tym stwierdzeniem, co jeśli ten pop, w znaczeniu bylejakość, mnie uszczęśliwia.
      No może masz rację. Nie mam pomysłu na żaden argument przeciw ;), ot co.

  • Tylko jak ocenić dobrą literaturę? To, co dla mnie jest dobre, dla innego może być śmieciem i odwrotnie.

    Nie zgadzam się z Twoim wpisem. Czytanie książek jest takim samym hobby jak inne. To prawda wymaga więcej zaangażowania, niż seriale, ale tutaj nie ma do czego porównywać. Gdyśmy natomiast zestawili z niektórymi sportami albo i może ze wszystkimi, szachami, czy grą na fortepianie, okaże się, że to one wymagają więcej zaangażowania, środków, uwagi i czasu. Ale z drugiej strony to też zależy od tego, jak traktujemy dane hobby: można czytać raz w roku, można czytać jedną książkę dziennie, można biegać raz w tygodniu, można co dzień pokonywać więcej kilometrów. Wszystko zależy od podejścia.

    Z marnymi książkami jest taki problem, że znaczna część czytelników nie jest w stanie odróżnić dobrej książki od złej. Dopiero praktyka pozwoli na naukę. A jak się uczyć? Czytając. Zarówno dobrą literaturę, jak i złą. Traktując czytanie jako elitarne zajęcie, rzeczywiście zamykamy się na innych. Może tak być, że ludzie czytają kiepską literaturę, boją się sięgnąć po coś lepszego, bo przy tym złym nie trzeba było myśleć, było fajne i lekkie, a to „coś” nowego może się okazać za trudne po prostu. Można się śmiać takich osób, ale nie wszyscy mieli wpajane czytanie od dziecka. Jeśli ktoś czytanie kojarzy wyłącznie z lekturami i wstydem, bo „dukał”, to będzie miał problem, aby sięgnąć po dobrą książkę. Jak dla mnie trzeba mówić, że czytanie jest przyjemne, odstresowujące, dla każdego. Bo takie właśnie jest 🙂

    Tak w ogóle, to coś lekkiego może być też dobre. Nie jest powiedziane, że nie. Nie każdy też musi sięgać po literaturę trudną, „ważną”, uczącą. Dla niektórych książka, serial, czy gra będą jedynie oderwaniem od trudów życia. I niech czytają, co chcą.

    Zgadzam się z tym, że zalewa nas bylejakość: autorzy piszą na potęgę, taśmowo, wydaje się cokolwiek, nie dbając o język, czasem o korektę, spójność dzieła, czy oryginalność. Niestety, dopóki wydawnictwa będą reklamować takie gnioty, to nic się nie zmieni. Przeciętny czytelnik nie ma wyrobionej wrażliwości czytelniczej i językowej niestety. Bo wciąż czytanie źle się kojarzy. Głownie z nudą. No i literaturze współczesnej obrywa się za te nieszczęsne lektury.

    • Po pierwsze, dziękuję za głos w dyskusji 🙂

      Co do pierwszego akapitu o innych typach hobby, ależ oczywiście że tak! Faktycznie jakoś o tym nie myślałam pisząc wpis. Zestawiłam jedynie przykład z oglądaniem treści. Pomyślałam teraz sobie, że wszystko ma też inny charakter. Ja teraz np. mam bardzo ciężki psychicznie czas i praktycznie w ogóle nie czytam, bo… nie mogę. Robię więc godzinami na drutach, ponieważ mogę to robić na automacie i chodzę na siłownię, bo tam też mogę wyłączyć mózg. Choć oczywiście jedno i drugie wymaga ode mnie zaangażowania.

      Odróżnić czytając dobrą i złą. Dlatego też myślę, że ważne jest poznawać nowe. Jeśli czytelnik zostaje na zawsze na półce z tzw. czytadłami, nigdy nie nauczy się odróżniać literatury, od książki.

      A i ja nigdzie nie powiedziałam, że coś lekkiego z gruntu jest złe. Jest dużo książek przyjemnych i niewymagających, ale jednak wartościowych i dobrze napisanych. W przykładzie z księgarnią chodziło mi o nagminność tylko tej jednej prośby ze strony klientów. Nigdy, przez te pół roku, nie usłyszałam innego pytania (chyba, ze ktoś przychodził z zapytaniem o konkretnego autora/tytuł). To mnie jednak trochę przeraża.

      Z pewnością to się samo napędza. Wydawnictwa promują gnioty i książki pisane na taśmie, wydawane w szybkim tempie, bez dobrej korekty, bez pomysłu. Coraz łatwiej też w mediach nazywa się każdą byle powieść mistrzostwem. Faktycznie, coraz trudniej odróżnić dobre, od takiego sobie.

      • Chciałam napisać oddzielny komentarz, ale podpisuje się pod Medytacjami nad książką. Ja jestem bardzo uczulona na robienie z czytelnictwa jakiejś elitarnej kultury dla wybranych. Jeśli jakaś np. Kobieta sięga po lekkie czytadła to dobrze, tym bardziej, że może ma dzieci i one będą ją widziały jak czyta. Będą kojarzyły czytanie książki z odpoczynkiem, rozrywką, czy relaksem. Może sięgną po jej książki, zaczną szukać literatury, która im będzie bardziej odpowiadać i przy okazji wyrosną na fanów książek. Tak wygląda moja historia w skrócie i za te czytadła jestem mamie wdzięczna. Do tej pory romans historyczny ma jakieś małe miejsce w moim sercu. Mimo, że ciężko taką twórczość literaturą nazwać czasami.

  • Ola

    Zgadzam się z artykułem. Szkoda życia na słabe książki, a gust wyrabia się w miarę czytania. Szkoda mi też życia na internetowe kłótnie. Lepiej w tym czasie poczytać. Jestem tym, co czytam? Już dawno nie przeczytałam zdania, które tak poprawiłoby mi nastrój:)

    • Cieszę się Olu, że poprawiłam nastrój. Po drugie – słuszna uwaga o nietraceniu czasu na Internety. Niniejszym wyłączam komputer i idę kończyć Wielkie nadzieje.
      Btw to jest zdecydowanie lekka książka!! A jednak klasyka literatury 🙂

      • Ola

        Żeby być ścisłym – nie miałam na myśli Twojego wpisu. Nawet, jeśliby wywołał burzliwą DYSKUSJĘ – to nie byłaby „wojenką internetową”, jakąś czczą kłótnią, o której wspomniałam;) Ale to wiesz, tylko się droczysz:) Pozdrawiam:)

        • Oczywiście 🙂 Ja też nie miałam na myśli mojego wpisu 😀 Myślę, że nasza dyskusja tutaj jest bardzo ciekawa i merytoryczna 🙂
          I tak, troszkę się droczę, taka juz moja natura 😉

          Pozdrawiam cieplutko!

  • Agata Włodarczyk

    Tylko to nie jest do końca tak, że ludzie czytają „coś lekkiego”, bo współczesna kultura ich do tego uwarunkowała, bardzo często są to ludzie, którzy są tak zmęczeni, że poznawczo nie wyrobią na czymś trudniejszym – nie mają zasobów, aby przeprocesować coś „dobrego” czy „ambitnego”. To „lekkie” nie wymaga za dużej uwagi, pozwala się zrelaksować, ma być zabawne, czyli rozluźnić poprzez humor (nawet jeśli jest to rzecz niezamierzona). Któreś z ostatnich badań sugerują, że po książki najczęściej sięga młodzież (to chyba z raportu Biblioteki Narodowej) oraz wysoko wykwalifikowane osoby, które po przeczytaniu dziesiątek publikacji do swojej pracy, niekoniecznie nawet mają ochotę już patrzeć na literki czy bardziej skomplikowane ciągi przyczynowo-skutkowe.

    Poza tym osobiście mam ochotę wywracać oczami przy każdym „bo kultura masowa cośtam”. Nie jest winna „kultura masowa” jeśli już tylko zabiegi marketingowe wydawców oraz księgarzy, promujących bardziej np. „Niezgodną” niż „Córkę dymu i kości”, czyli rynek, ekonomia, ale nie „kultura”. Specjalnie sięgam tutaj po książki young adultowe. Ta pierwsza jest słaba jak barszcz i plagiatem plagiatu, ale jest film, więc jest firmowana, bo cały łańcuch zależności chce zarobić. Z kolei „Córka” filmu nie ma i choć jest to YA, to ambitne i trudne treściowo, ale proste w zasadzie w warstwie językowej – jest to trylogia która przeszła w Polsce prawie bez echa, ponieważ Amber nie wyłożyło pieniędzy na promocje, nie wykupiło miejsca w empiku i prawie nie wydało jej całej.

    A jeszcze bardziej niepokoją zdania, że „czegoś czytać się nie powinno”. Dlaczego „nie powinno”? Ponieważ jest za proste, zboczone i nieumiejętnie napisane? Ale wtedy musielibyśmy wykreślić jakieś 80% poezji staropolskiej, ponieważ jej większość w zasadzie jest zboczona i erotyczna.

    Poza tym najważniejszym pytaniem, które powinno się zadać jest: co rozumiem jako „literaturę”? Co wjedzie do tego worka, a co będzie obok. Czy chodzi mi o treść, jeśli tak – to jaką? Czy o przedmiot, a takie kłótnie też można odnaleźć, czyli o coś co musi zostać wydrukowane, oprawione, przeredagowane i tak dalej – tu wpadnie choćby menu z restauracji, a wylecą audiobooki czy słuchowiska.

    Czytam właśnie ciekawą książkę „Autor jako marka” Dominika Antonika. Jej drugi rozdział zawiera zreferowane poglądy między innymi naszych awangardowych twórców na temat tego, czym jest literatura w dobie masowości. To są ciekawe i niesłusznie zapomniane głosy oraz pomysły. Według nich zamykanie literatury w obrębie książki i słowa jest ograniczające i nie tyle elitystyczne co nierozwojowe dla literatury w ogóle. Jest to o tyle ciekawe, że na oczach tamtych autorów dokonywały się przekształcenia mediów, oni żyli w zmianie i eksperymentowali z formami, zapisem, liternictwem, drukarstwem (wydawanie ich dzisiaj to koszmar :D), ilustracjami czy dodawanymi do wydań nagraniami tychże utworów. Mega ciekawy temat. Zostawiam go tutaj jako inspirację do dalszych poszukiwań.

  • Wybory czytelnicze są naprawdę różne. Ja lubię dobrą literaturę (w moim rozumieniu), ale czasem pozwalam sobie na coś „lekkiego” jak klienci w tej księgarni. Rzadko, ale pozwalam i to wtedy pomaga mi jeszcze bardziej docenić tych autorów, którzy są pisarzami z prawdziwego zdarzenia, a nie „na akord”. Jedna popularna młoda pisarka przyznała mi w kulisach rozmowy, że wydawnictwo dało jej miesiąc na napisanie książki. Czy to poważne? Czy to nie produkcja masowa? Kiedyś też niemal załamałam się wchodząc na blog polskiej autorki piszącej powieści sensacyjno-mafijno-erotyczne. Przeczytałam opublikowane tam fragmenty książki i zgłupiałam. Jak można coś takiego puścić w świat? Przyznaję, że gdybym coś takiego napisała, chodziłabym w burce, żeby mnie nikt nie rozpoznał. A czytelniczki się cieszą, piszą, że to fantastyczne książki… Nie rozumiem. Może dlatego, że… nie mam 17 lat?

    • Ależ i ja sięgam po różne lekkie książki, może akurat nie ostatnio, ale zdarzało mi się połknąć Nesbo czy inne takie kryminalne historyjki. Ale to są takie książki środka – nie jest to wysoka półka, ale też nie są to śmieci. I myślę, że obie to samo rozumiemy pod pojęciem lekkiej.
      Jednak sama pewnie wiesz, że księgarnie pękają w szwach od pisanych na automacie, na jedno kopyto książek, jeszcze najlepiej z mojej znienawidzonej kategorii dla specjalnego typu człowieka, czyli literatury „kobieciej” (wtf, czy ktoś widział w księgarni dział męski?!).
      W tekście miałam na myśli właśnie tego typu twory, które tu przytoczyłaś 🙂

      • Czyli zgadzamy się:-) Dział męski??? Hmmm…, a pamiętasz „Porąb i spal”, która to książka była promowana jako książka dla prawdziwych mężczyzn? Może ona przetrze szlaki w tym gatunku:-)
        Poczytaj koniecznie tę mafijno-erotyczną powieść. Ja zgłupiałam czytając.

        • Aaaa pamiętam!! A ja ją kupiłam mojej mamie, ktróra u nas ogrania rąbanie szczapek i palenie w piecu 😀
          Poczytam w celach edukacyjno-uświadamiających 😉

  • A ja chyba stoję gdzieś po środku 🙂
    Irytuje mnie promowanie i propagowanie literatury, która jest gniotem (o ile można w ogóle ją wtedy nazywać literaturą). Ale z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że dla każdego, co innego jest gniotem, co innego książką dobrą, a co innego genialną. Mnie zachwyca Cabre i wydawał mi się wybitny do czasu az przeczytałam tekst na blogu Książki na ostro, gdzie Paulina Małochleb ostro sprowadziła mnie na ziemię nazywając Cabre „rzemieślnikiem ze średniej półki” 🙂

    Natomiast mój kolega raz na jakiś czas chodzi do biblioteki wypożyczać książki dla mamy, która jest na emeryturze. I przynosi jej wyłącznie książki lekkie, jakieś harlequiny, literaturę młodzieżową okresu PRLu. Początkowo mnie to mocno oburzało, bo dlaczego traktuje mamę, jak gorszego czytelnika, ale okazało się, że mama sama go o takie książki prosi, po tym jak męczyła się przy jakimś wybitnym dziele współczesnej literatury. I fajnie, że czyta, nie nudzi się, chociaż sięga po literaturę, z mojej perspektywy, niską. I gdy myślę o tym, czy powinno się czytać byle co, aby tylko czytać, przychodzi mi na myśl mama mojego kolegi. Niech sobie czyta te harlequiny, jeśli lubi, bo lepiej czytać cokolwiek niż chociażby oglądać „Modę na sukces” czy tysięczny odcinek „Klanu” (i nic do „Mody…” i „Klanu” nie mam, kiedyś zdarzyło mi się nawet jakiś odcinek oglądać). Najważniejsze jest to, że ja tego czytać nie muszę. I to jest piękne, że każdy może odnaleźć w książkach coś dla siebie.

    • Tak mi się przypomniało czytając Twój komentarz, że ja też się dziwnie poczułam czytając ten sam zdaje się tekst Pauliny. Bo mi się „Kobiety Dyktatorów” podobały :D. Zastanawiające.

      Może i masz rację, choć mnie by pewnie korciło, żeby raz na jakiś czas tej babci przemycić książkę o miłości, ale z nieco wyższej półki niż harlequin. I sprawdziłabym co będzie 😉

  • literymaleiwielkie

    Rzeczywiście czasem się dziwię, jak widzę co ludzie czytają i w dodatku nazywają to lekką literaturą;)
    Mam wrażenie, że problem polega m.in. na tym, że”lekka”/”łatwa” literatura jest stawiana w opozycji do dobrej literatury. Przecież mnóstwo wybitnych tytułów, to książki, które czyta się jednym tchem!

  • literymaleiwielkie

    Rzeczywiście czasem się dziwię, jak widzę co ludzie czytają i w dodatku nazywają to lekką literaturą;) wydaje mi się, że problem jest m.in. w tym, że „lekka”/”łatwa” literatura jest stawiana w opozycji do dobrej literatury. A przecież wiele wybitnych tytułów to książki, które czyta się jednym tchem!

    • No właśnie, właśnie. I ja to powtarzam już do znudzenia 😉 – jest tyle wartościowych tytułów, które wcale nie są „ciężkie”, czy przygnębiające. Nie wiem na prawdę, dlaczego ludzie to uparcie łączą 😉

  • myslobook.pl

    To prawda – ludzie lubią czytać lekkie rzeczy. Wśród moich „czytających” znajomych ludzie kojarzą autorów skandynawskich kryminałów i amerykańskich melodramatów, ale o Twardochu czy Tokarczuk nikt nie słyszał… Niewiele osób ma ochotę na coś ambitnego, bo trzeba zadać sobie trochę trudu, skupić się i pomyśleć. A z myśleniem bywa różnie 😉

    • Dlatego ja czasem nienachalnie podsuwam ciekawe, wartościowe tytuły znajomym. I często z pozytywnym skutkiem 🙂

  • A wiesz, ja mam nieco inne podejście: każdy czyta, co tylko zechce – pod warunkiem, że odróżnia, co ma w ręku, dobra książkę czy byle jaki gniot. Bo tak jak filmy o galaretowatych kosmitach w kartonowych zbrojach, hamburgery z McDonalda czy windowsowy Pasjans, te „lekkie” książki to czasem czysto fizyczna potrzeba.

    Ale w momencie, gdy ktoś zaczyna uważać burgera z Maca za zdrowe danie, a książki makulaturowe za dobrą literaturę – to wtedy jest problem.

    • Tak, to bardzo ważne co napisałaś – świadomość tego co się wybrało na lekturę. Może faktycznie póki się wie, że czyta się „książki makulaturowe”, jak to ładnie nazwałaś”, to jeszcze nie jest najgorzej 😉

  • Niestety się zgodzę… i z dyskusji nici 😉 ja też czytałam Coelho w gimnazjum, ale im jestem starsza, im więcej książek przeczytałam, a czasu na to mam coraz mniej, dokonuję bardziej przemyślanych wyborów. Zadziwia mnie też coraz bardziej powszechny trend na ilość przeczytanych książek. Są przecież takie, których przeczytanie trwa miesiąc, a czasem pół roku. Są takie, gdzie każdą stronę trzeba przetrawić, zrozumieć, odłożyć, a potem do niej wrócić. I to jest dla mnie przyjemność z czytania, a nie połykanie strony za stroną, których treść za chwilę zapomnę, bo nie jest wartościowa, bo lektura nie wniosła nic nowego w moje życie.

    • tak, trend przeczytam 100 książek w roku się utrzymuje ;). Dla mnie to liczby z kosmosu, nie do osiągnięcia. Pewnie z dwóch powodów, po pierwsze obiektywnie patrząc wolno czytam, po drugie książki, które wybieram faktycznie wymagają więcej skupienia i nie udaje mi się ich „połknąć” w wieczór czy dwa 🙂

  • Zgadzam się z Tobą, więc ze mną kłótni nie będzie 😉.
    Wolę tępo gapić się w sufit niż przeczytać byle co lub takowe obejrzeć, posłuchać etc. Oczywiście każdy z nas ma inną definicję „byle co” i czasem świadomie sięga się po coś mniej wymagającego, ale wielu czytelników nie schodzi poniżej jakiegoś, wyznaczonego przez siebie, poziomu.
    Innym z kolei jest wszystko jedno i zjedzą, przeczytają, obejrzą lub posłuchają czegokolwiek, aby tylko się czymś „zapchać”.
    Ja tak nie potrafię i nigdy nie powiem, że najważniejsze, że się czyta, a co to już nieważne 😊.

    • Oczywiście, ja też sięgam czasem po jakieś „czytadło”, bo nie zawsze ma się ochotę na wymagające lektury.
      Niestety, faktycznie jest tak, że nasiąkamy tym co przyswajamy, więc tak jak się mówi o odmóżdżających filmach, uważam, że książka może dać ten sam efekt 😉

      • Może i niestety daje. Znam osoby, które czytają całkiem sporo, ale wyłącznie książki wątpliwej, według mnie, jakości i ja z nimi nie mam jak pogadać o literaturze.
        Żeby nie było niedomówień, sama też nie pochłaniam na kilogramy Marqueza, Kafki etc. Czytam sporo popliteratury (np. kryminały), ale i w tym nurcie można znaleźć świetne pozycje i gnioty.

  • Ostatnio zapanowała jakaś moda na deprecjonowanie literatury i sprowadzanie jej do poziomu jedynie rozrywki 😉
    Z jednej strony żal ściska serce, jak ludzie czytają promowane gnioty, bo nie znają lepszych tytułów. Z drugiej – lepiej do książek podejść od czytania krótkich i lekkich pozycji, żeby na początek przestać kojarzyć czytanie z żmudnym szkolnym obowiązkiem.

    • To też racja, że wielu osobom faktycznie czytanie kojarzy się jedynie z obowiązkowymi lekturami szkolnymi i pewnie znaczna część pracy promocyjnej powinna polegać na odwarunkowywaniu 😉 i pokazywaniu przyjemności z czytania, już samodzielnie, a nie narzuconych tytułów. Tak jak pisałam już gdzieś – lekkie pozycje na początek nie są absolutnie niczym złym 🙂