jestem człowiekiem świtu

Zawsze jest na krótko, Karina Szyszko kolaże, Marcin Karnowski ścieżka tekstowa.

1. Próbuję sobie przypomnieć, że jestem człowiekiem świtu, nie zmierzchu.  I to nie chodzi nawet o to, że sprawia mi przyjemność wczesne wstawanie, chociaż to też (o ile akurat nie jestem w okresie chronicznego przemęczenia, niedospania, znużenia i wkurwienia, jak obecnie). Lubię te momenty w życiu, kiedy wszystko jeszcze mogę. Kiedy stoi przede mną morze możliwości, ocean szans. Symboliczna pusta kartka w plannerze, którą mogę zapisać od góry do dołu.

Nikt mi nie da tyle, ile ja sobie mogę obiecać.

Zawsze średnio mi szło przeglądanie się w lustrze. Wieczór konfrontuje mnie z  mniejszą lub większą porażką. Ale to nic. Zawsze wstaje nowy dzień, a ja mogę otworzyć oczy i znowu to poczuć. Możliwości.

2. A kiedyś napisałam tak:
Tak sobie myślę, że wszystko wolę robić przy świetle dziennym: pracować, oddychać, kochać się, spacerować, natomiast pisać muszę wieczorami. Muszę mieć ciemno dookoła i tylko tę małą lampkę na stole zapaloną. 

Wciąż prawda, tylko teraz jeszcze muzykę lubię mieć w tle.

3. wydmuszka

ciepło i sucho
pręgi słońca
leżą na podłodze

doktor 
przykłada stetoskop

proszę marzyć głęboko
głęboko
głęboko

rysuję kształty
w zaciemnionych miejscach

nic tutaj nie ma
sny ma pan czyste
jak łza

Marcin Karnowski napisał wiersze do pudełka. Jak wiersze zazwyczaj mi nie idą, tak ten projekt mi się podoba.

4. Sandor Marai pisze, że w życiu chodzi właściwie o systematyczność, nawyki, niewydziwanie nadmierne, miłość tę, co trzeba. Ale zaraz dodaje, kiedy ja już się zdążyłam ucieszyć, że może jestem w stanie to ogarnąć jednak, że to niemożliwe. Jako, że mu się umarło, to go już nie zapytam, dlaczego niemożliwe. Kiedy ja właśnie chcę, żeby było możliwe.
Może wystarczyłoby zacząć od powrotu do regularnego wstawania, a wszystko by jakoś potem poszło? Bo prawda jest taka, że punktu 1 od miesięcy nie praktykuje. Wcale nie widzę oceanu możliwości. Chociaż wciąż wolę początek dnia, od jego końca. Zapadłam się gdzieś do środka i obserwuję. Niby czujna, a jednak w uśpieniu. Otępieniu, czasem mi się ciśnie na usta. Zrywam tylko co rano kartki z kalendarza, z rosnącym niepokojem obserwując kolejno pojawiające się liczby. Po piętnastce zaczynam lekko panikować.

5. Naprawdę świetnie mi idzie użalanie się nad sobą. Następnym razem będzie o dobrym filmie, obiecuję.