Wydawcy mają głos – jednolita cena książki

źródło: depositphotos.com

Ustawa o jednolitej cenie książki to pomysł, który, mam wrażenie, ma tyle samo zwolenników co przeciwników. Temat po raz pierwszy pojawił się w 2015 roku, potem nieco przycichł, żeby powrócić na przełomie lutego i marca tego roku. 

Założenia tejże ustawy chyba wszyscy już znają, ponieważ w sieci aż gęsto jest od artykułów jej dotyczących.Mianowicie ustawa przygotowana przez Polską Izbę Książek zakłada, że wydawca czy też importer tytułu wprowadzanego do sprzedaży ustali jego cenę, która będzie niezmienna przez okres 12 miesięcy. Obowiązek sprzedaży po ustalonej cenie miałby obowiązywać wszystkich – od księgarń internetowych, przez kameralne księgarnie stacjonarne, aż po sieciówki. Możliwy byłby jedynie rabat w wysokości 5% w sprzedaży regularnej i 15% w sprzedaży na takich wydarzeniach jak np. targi książki. Po wspomnianym okresie czasu sprzedawca mógłby dowolnie już obniżać cenę pozycji.
Dodatkowym przepisem w ustawie jest ten mówiący o obowiązku księgarza do sprowadzenia na życzenie klienta każdego tytułu, o ile tylko jest dostępna u wydawcy. Czytelnik może być obarczony jedynie kosztami przesyłki, a celem tego przepisu byłoby zwiększenie dostępności bardziej ambitnych pozycji, także w małych miejscowościach.

Zdania, jak można było się spodziewać, są podzielone. Są tacy, którzy uważają, że ustawa jest jedyną szansą dla małych księgarń, i że należy „wyrównać szanse” między ogromnymi sieciami, a drobnymi sprzedawcami. Twierdzą, że jeśli czytelnik będzie pozbawiony opcji kupienia nowości w Internecie z 35, a nawet 40% rabatem, tak jak wygląda to teraz, to chętniej kupi książkę w profesjonalnej księgarni. Mówi się także o poprawie losu wydawcy, który nie będzie już zmuszany przez dużych dystrybutorów do sprzedaży tytułów w jak najniższych cenach.

Po drugiej stronie barykady, przeciwnicy ustawy mówią o nieuniknionym spadku czytelnictwa ze względu na wysokie ceny nowości. Podkreślają także, że ułudą jest poprawa sytuacji małych księgarń i wydawnictw, a jedynym graczem który zyska na całej operacji są duże sieci księgarniane. Wspominają także o zaprzeczeniu idei wolnego rynku.

Michał Alenowicz, założyciel Wydawnictwa Wiatr od Morza, na pytanie czy jest „za” czy „przeciw”, odpowiada bez wahania „za”. Choć jako mały, ambitny wydawca nie widzi dla siebie ani szczególnych korzyści, ani dużych zagrożeń, to jednak uważa, że w dłuższej perspektywie ustawa mogłaby zakończyć wojny cenowe i ucywilizować rynek. 

Potrzebę wprowadzenia „ustawy o książce” dostrzegam nie tyle jako wydawca, lecz po prostu jako Polak, któremu zależy na zdrowym obiegu kultury. A tutaj za dobro o wyjątkowej wartości należy uznać nie tylko książki (ewidentnie będące czymś więcej niż „produktem”), ale również księgarnie (często stanowiące przecież coś więcej niż „sklep z książkami”). Uważam, że ustawa mogłaby uratować wiele małych, lokalnych księgarń, które przy obecnym kształcie rynku nie wytrzymują wojen cenowych i upadają w zastraszającym tempie. Moim zdaniem to księgarzom powinno najbardziej zależeć na wprowadzeniu „ustawy o książce”, a ja życzę im, by jak najszybciej do tego doszło.
Michał Alenowicz, Wydawnictwo Wiatr od Morza

na zdjęciu warszawska księgarnia Radio Telewizja

Zupełnie odmienne stanowisko przyjmuje natomiast współwłaściciel Wydawnictwa Książkowe Klimaty – Tomasz Zaród.  Na moje pytanie o ustawę od razu odpowiada – jesteśmy zdecydowanie przeciw. Jako liberał, sprzeciwia się wszelkiej regulacji cen, a zatem ingerencji we wspomniany wolny rynek. Uważa, że wystarczającym wsparciem państwa, jeśli chodzi o ceny książek, jest preferencyjna stawka VAT.

Ustawa może spowodować, że przez 12 miesięcy klienci nie będą kupować nowości, bo będą za drogie i będą czekać rok, aż umożliwiona będzie obniżka cen. Dodatkowo nie jest prawdą, że ustawa może ostatecznie obniżyć ceny okładkowe, ponieważ nie zmienią się koszty poszczególnych etapów dystrybucji. Ostatecznie, nowe przepisy w żaden sposób nie zwiększą czytelnictwa, a mogą je nawet ograniczyć. Jeśli Państwo chciałoby coś zrobić dla czytelnictwa, to powinno usunąć z listy lektur pozycje, które właśnie wprowadziło przy okazji reformy edukacji. Natomiast jeśli Państwo chciałoby zrobić coś dla wydawców – to mogłoby zredukować ilość egzemplarzy obowiązkowych przeznaczonych dla Biblioteki Narodowej. Naprawdę, obowiązek wysyłania 17 sztuk to ogromna przesada, nie mająca żadnego uzasadnienia.
Tomasz Zaród, Wydawnictwo Książkowe Klimaty

Pan Tomasz dodaje jeszcze, że owszem, ustawa może w jakimś stopniu pomóc małym księgarniom, ale tylko o tyle, że będą one miały nowości w takich samych cenach co sieciówki i księgarnie internetowe. Te małe księgarnie również stracą rabaty dla stałych klientów, a takimi często aktualnie operują. Podkreśla, że PIK zwyczajnie nie umie liczyć, sądząc, że ceny okładkowe spadną. No bo jak, przecież jak ja obniżę cenę okładkową o 15%, to przecież hurtownia nie będzie automatycznie chciała kupować ode mnie z mniejszym rabatem.

Współwłaściciel Książkowych Klimatów wspomniał jeszcze o jednym przegranym omawianej ustawy – bibliotekach – które w jej myśl stracą możliwość zakupu nowości z rabatem 40%, a zostaną z marnym 15%.

Kamila Buchalska, redaktor naczelna w Książkowych Klimatach dodaje, że klienci po prostu przestaną kupować nowości (jakby było mało literatury na rynku) i wrócą po upatrzone tytuły po roku, kiedy spadnie cena. Wspomina także o absurdzie argumentów o generalnym obniżeniu cen książek, z racji konieczności zapłacenia redaktorom, tłumaczom, autorom, i tak dalej. Te koszty się nie zmienią.

Sprawa jak widać nie jest ani prosta, ani jednoznaczna. Nie zanosi się także na jej szybkie rozwiązanie, chociaż… kto tam wie co się dzieje za zamkniętymi drzwiami ;).

Michał Alenowicz dodał jeszcze jedną uwagę: Oczywiście odrębną kwestią pozostaje to, czy ustawa będzie dobrze napisana. Już mnożą się różne pomysły na jej obchodzenie, a wiadomo nie od dziś, że ustawodawcy często nie doceniają kreatywności rodaków w tym zakresie. Pozostaje mieć nadzieję, że eksperci odpowiedzialni za ostateczny kształt ustawy będą potrafili przewidzieć różne, nawet najbardziej nieprawdopodobne, scenariusze. W przeciwnym razie zamiast poprawy sytuacji czekałby nas chaos.

O ile postanowiłam nie zajmować żadnego stanowiska w kwestii ustawy, a jedynie przedstawić Wam dwa odmienne punkty widzenia sytuacji, o tyle ze stwierdzeniem o kreatywności rodaków nie mogę się nie zgodzić. Jak to powiedział prowadzący na szkoleniu Google Analytics, na który wysłała mnie firma – świat nie jest gotowy na Polaków. 😉

Gdyby ktoś zastanawiał się dlaczego wstrzymuję się od wybrania którejś ze stron i chciał oskarżyć mnie o zachowawczość, to nie to. Wypowiedzi samych zainteresowanych uświadamiają mi, że nie wiem nic o wydawaniu książek. Wypowiadanie się w ten kwestii pozostawiłam zatem właśnie im.

Ale za to bardzo chciałabym usłyszeć jakie jest Wasze zdanie na ten temat. Mówcie.

Bardzo szeroko o tym, jakie argumenty za podaje PIK oraz jak to wygląda w innych państwach możecie znaleźć w Rezerwatach Książek.

Treść całej ustawy możecie przeczytać TUTAJ.

A.


  • Karolina Nos-Cybelius

    Zgadzam się z Twoją puentą. Jeszcze kilka tygodni temu byłam zdecydowanie przeciw i strasznie mnie oburzało, to co chcą zafundować czytelnikom pomysłodawcy i twórcy ustawy. Później przeczytałam jeden, drugi, trzeci artykuł i uświadomiłam sobie, że nic nie wiem. Nie jestem wydawcą ani ekonomistą. Nie zamierzam nawet udawać, że dobrze orientuję się w sytuacji. Skoro nawet zdania wydawców i księgarzy są podzielone, to znaczy, że sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana. Patrząc z perspektywy mola książkowego, boję się tylko, że nie będzie mnie już stać na książki, które tak kocham. Ale i to ma dwie strony. Dziś kupuję więcej niż jestem w stanie przeczytać i robię zapasy, w przyszłości może będę bardziej selekcjonować, kupować mniej, ale czytać wszystko co kupię… Książka zyska na wartości nie tylko dosłownie, ale i metaforycznie 😉 Bardzo Ci dziękuję za ten profesjonalny artykuł. Pozdrawiam 🙂 [Karolina z Czepiam się książek]

  • Pingback: Bajaderka kulturalna #8 - Skrytka na kulturę()

  • Dima Noizinfected

    Książki wydawane przez wydawców, które poparły tą socjalistyczną, kretyńską ustawe powinny być przez Naród hardcorowo piracone. Przy użyciu torrentów, lub innych środków przesyłania informacji, by ktoś czasem nie pomyślał by je kupić w tejże księgarni, która legalizuje zmowe cenową przy pomocy lobbyngu bo wyczuła socjalistyczny klimat obecnej władzy. A jak wiadomo PiSowi debilny motłoch który nie czyta jest na rękę, bo z tego tworzy sie ich elektorat

    Takiego idiotyzmu jeszcze nie słyszałem, by zakaz dobrowolnej obnizki cen, na wlasny koszt mógł być dla narodu jakkolwiek korzystny.

    Ciekawe ile książek czytają zwolennicy wysokich cen na nowości bo mam wrażenie że ani jednej. Chyba że ktoś jest pierd***ty i lubi płacić więcej. To książki mu nie pomogą i tak.

    I ma sie to tyczyć też ebooków? Czyli książka w pdf musi być równie droga co jej empikowy odpowiednik?

    Poza tym co to da małym księgarniom? Oni też nie będą mogli zrabatować niczego? A księgarnie online, czy wręcz abonamentowe modele biznesowe na książki nie będą mogły powstać w tym chorym na socjalizm kraju.

    Gratuluje zwolennikom kreacji rynku przez zakazy i kary poza tym. Idioci skończeni.

  • Pingback: Seks, kokaina i patriotyzm, czyli jak zrobić bestseller |()

  • Marcin A. Demianiuk

    Ja bym powiedział, że jestem za a nawet przeciw. Bo z jednej strony ustawa o jednolitej cenie książki zdecydowanie ugodzi w małe księgarnie – komu się będzie chciało ruszać do kameralnej, małej księgarenki, kiedy w każdym centrum handlowym będzie można, przy okazji robienia zakupów, zajrzeć do Empiku i kupić książkę w tej samej cenie? Poza tym, jeśli małe księgarnie nie będą mogły w jakikolwiek sposób zainteresować czytelnika rabatami (podobnie jak księgarnie internetowe), to zostaną zjedzone przez Empik i Matrasa. A te molochy, tak naprawdę, są winne temu, że książka kosztuje tak dużo – zbójecka marża jaką nakładają jest w zasadzie dyktowaniem ceny reszcie rynku.

    Z drugiej strony – to się tyczy tylko nowości. Jeśli będę miał ochotę np. kupić „Mistrza i Małgorzatę” albo „Rękopis znaleziony w Saragossie” będę mógł spokojnie kupić tę książkę za 30% ceny w internecie albo w antykwariacie. Albo wypożyczyć w bibliotece. I właśnie biblioteki, wydaje mi się, też oberwą przez tę ustawę. Mógłby się tam znaleźć skromny zapis, że biblioteki mają prawo kupować książki po cenie niższej niż okładkowa.

    Czekam jeszcze na kolejną ustawę. Ustawę, która podniesie ceny WSZYSTKICH książek, z urzędu ścigane będzie posiadanie małej księgarni a jedynym dystrybutorem będzie ten, który więcej zapłaci. Bo gwarantuję, jeśli dalej w Polsce będzie prowadzony ten system rządów (ostatnie 10 lat) to Polska zostanie wylęgarnią opóźnionych kulturalnie troglodytów.

    • Chciałabym się odnieść do fragmentu Twojej wypowiedzi, a mianowicie: „komu się będzie chciało ruszać do kameralnej, małej księgarenki, kiedy w każdym centrum handlowym będzie można, przy okazji robienia zakupów, zajrzeć do Empiku i kupić książkę w tej samej cenie?” Ten argument zupełnienie jest trafiony, bo małe, kameralne księgarnie nie kuszą niższymi cenami (nie mają szans pobić molochów), a raczej atmosferą, lokalnością, poczuciem że kupując książkę w tym miejscu wspiera się autorów bardziej. Jeśli cena będzie jednolita, to czytelnicy i czytelniczki chętniej mogą skorzystać właśnie z takiej małej księgarni, bo cena przestanie być argumentem, a klimat kawy i książki jednak zostaje:)

      • Marcin Dobkowski

        Joanna, skoro na tym polega ich przewaga to w czym problem? Jedni konkurują ceną, a inni jakością. Teraz Ci drudzy mówią pierwszym, że tak nie wolno, bo oni tak nie mogą.

        Skoro potrzebują tego, znaczy to jedynie, że czytelnicy chcą kupować tanio książki i ich strategia nie działa. Ta sama książka kupiona z kosza w biedronce i lokalnej księgarni ma taką samą wartość dla czytającego. Reasumując ustawa ma pomóc małym księgarzom, a analiza prawna i biznesowa pokazuje, że ich zniszczy…

        • Marcin, ale ja nie odnosiłam się do tego jak ta ustawa wpłynie na życie nas wszystkich. Słucham głosów z różnych stron „barykady”, ale nie mam wyrobionej opinii. Odniosłam się jedynie do argumentu, że teraz ktoś będzie kupował w Empiku w Galerii, skoro cena i tak wszędzie taka sama. To tak nie zadziała, bo osoby, dla których najistotniejsza była cena i tak kupowały w Empikach czy Matrasach na promocji -60%. Ludzie nie szli do lokalnych księgarni, bo było drożej. A w sytuacji, gdy cena wszędzie będzie taka sama, będzie można wybrać się do małej księgarni i tam dokonać zakupu, bo milej się tam robi zakupy.

      • Andrzej Burkiet

        Jeśli będę chciał, jako potencjalny klient kupić konkretnego autora lub tytuł, to niestety skieruję się do dużej sieci, bo jest większa pewność, że tą pozycję dostanę. Na pewno nie będzie mi się chciało czekać kilka dni na to aż pozycja ta zostanie dla mnie sprowadzona… a ceny przecież mają być takie same.
        Ustawa ma chyba za zadanie zlikwidować właśnie małe księgarnie. Mowa przecież jest o cenie końcowej a duża sieć dostanie większy rabat od hurtowni czy wprost od wydawnictwa, bo tych cen ustawa nie reguluje. Czyli zyski molochów będą większe z tytułu i większego obrotu i większych upustów od dostawców! I małe księgarnie zostaną wyeliminowane, zaś z czytelnictwem nie ma ta ustawa nic wspólnego…

  • Bartosz

    Odnośnie uwagi Michała Alenowicza o kombinowaniu: czy taką ustawę można ominąć sprzedając np. zakładkę do książki za 30 zł, do której dodawany jest gratis w postaci książki(nowość warta 45 zł)?

    • Przemysław Gdański

      VAT na zakładce wynosi 22%. Sprzedawanie produktów poniżej ceny nabycia jest uznawane jako nieuczciwe praktyki.

      • Bartosz

        OK. Zakładka ma tyle, ale mając produkt z tą samą stawką VAT, co książka. Nie bardzo rozumiem, drugą część wypowiedzi. Książka nie jest sprzedawana, jest dodatkiem do innego produktu. Produkt pierwszy jest sprzedawany z marżą z kosmosu.

        • Przemysław Gdański

          Czyli firma podczas inwentaryzacji wykaże zniknięcie setek tysięcy książek? Spoko, na pewno skarbówka się nie przyczepi.

  • Kajo

    Mnie najbardziej bawi przerzucanie się cyframi przez jedną i drugą stroną (zwolennicy i przeciwnicy). Przecież to jest jasne, że to są tylko szacunki, trzeba wprowadzić takie przepisy na określony czas i dopiero wtedy będzie można mówić o efektach finansowych i tych niefinansowych, teraz bardziej liczy się ideologia. Poza tym to, że takie coś jest wprowadzane to właśnie efekt niedogadania się podmiotów na całym rynku książki, a ta ustawa tylko wyrzuca na wierzch pewne patologie, które narobiły się przez te 25 lat wolnego rynku.

    Ja jestem za, ale jak tak się przypatruje tej dyskusji, to widzę duże prawdopodobieństwo, że ustawa nie pomoże, ale nie przez swoją ułomność, ale kombinacje tych podmiotów, które będą nią „ograniczone”, jak by tu ją ominąć.

    Wprowadzili VAT na książki, pamiętam, była spora podwyżka cen i wtedy mało kto podnosił larum, że ceny będą wyższe.

    Najmniej mnie bawi to, że się manipuluje czytelnikami w tej grze branżowej, co widać choćby tu w komentarzach. Wydawcy (i nie tylko) sobie wyhodowali sytuacje, w której książka ma 30-60 dni „ważności” i proszę spojrzeć na czytelników – nagle dramat, że będą musieli czekać, że nowości będzie mniej. Cena jest ważna, owszem, ale przysłania to też nam fakt, że coraz mniej książek stawia na jakość.

    Ja nigdy nie mogłem zrozumieć promocji czytelnictwa 🙂 Czy jak gra komputerowa się reklamuje to mówi, że granie rozwija mózg? Nie, mówi, że to jest świetna historia w >>doskonałej oprawie<<. Wszystkie te promocje czytelnictwa są po prostu wyrzucaniem pieniędzy, najlepsza promocja czytelnictwa to doskonale wydana literatura, to dobrze wydana książka sama w sobie.

    A już podwójnie mnie bawi, jak ktoś mówi, że wyższe ceny książki skończą się nielegalnym ściąganiem z internetu. Jak ktoś chciał to już to dawno zrobił i na pewno nie powstrzyma go ani niska cena książki, ani wysoka. Już dzisiaj można sobie znaleźć "wylęgarnie" w miarę nowych oficjalną ebooków do pobrania "bezkosztowo".

    Zobaczymy co z tego wyjdzie, ja – jako czytelnik – jestem za i jestem bardzo ciekawy, czy dzięki takim ramom ustawy cała branża będzie mogła upłynnić swoje działania na rzecz lepszego efektu końcowego dla czytelnika.

    • Chciałam napisać komentarz, choć już wielokrotnie wypowiadałam się w tym temacie. Jednak chyba podpiszę się pod powyższym, bo to same sedna.

      • Judyta Rudnicka

        A ja zupełnie nie.
        Ale jako że nie lubię się rozpisywać, to krótko:
        – pamiętam dyskusje, które toczyły się przy wprowadzaniu VATu na książki, larum zdecydowanie podnoszono
        – książki nie mają daty ważności, ale w sytuacji, kiedy ktoś dużo czyta, to raczej klasykę i te sprzed roku ma już przeczytane. Nie widzę też wielkiego spadku jakości przy zwiększonej ilości wydawanych książek. Wciąż wydajemy prawie najmniej w Europie. W innych krajach książki są słabe pod względem jakości?
        – obecnie kupuję ok 10 książek miesięcznie. Jeśli ceny wzrosną, nie będzie mnie na tyle stać i tak, resztę ściągnę. Dla mnie cena jest tu wyraźnym czynnikiem.
        Jestem całkowicie przeciw tej ustawie.

    • Judyta Rudnicka

      A ja zupełnie nie.
      Ale jako że nie lubię się rozpisywać, to krótko:
      – pamiętam dyskusje, które toczyły się przy wprowadzaniu VATu na książki, larum zdecydowanie podnoszono
      – książki nie mają daty ważności, ale w sytuacji, kiedy ktoś dużo czyta, to raczej klasykę i te sprzed roku ma już przeczytane. Nie widzę też wielkiego spadku jakości przy zwiększonej ilości wydawanych książek. Wciąż wydajemy prawie najmniej w Europie. W innych krajach książki są słabe pod względem jakości?
      – obecnie kupuję ok 10 książek miesięcznie. Jeśli ceny wzrosną, nie będzie mnie na tyle stać i tak, resztę ściągnę. Dla mnie cena jest tu wyraźnym czynnikiem.
      Jestem całkowicie przeciw tej ustawie. Probowalabym szukać innych sposobów na poprawę losu małych księgarni. Zresztą sama najczęściej kupuję właśnie w takich miejscach.

      • Kajo

        Odnośnie jednej kwestii merytorycznej z VAT, bo faktycznie nie precyzyjnie się wyraziłem, owszem larum było, ale nic z niego nie wynikało (poza tym, że cena książki średnio została podniesiona o 10-20%), bo gdyby to rozegrano dobrze, to został by zerowy vat na książki, a zatory związane z vatem szczególnie potrafią w te małe podmioty uderzyć, mając na uwadze dodatkowo to w jaki sposób duże sieci księgarskie rozliczają się. I mówię to z pozycji swoje doświadczenia w innej branży, która też korzysta z takich „zagrań”.

        A propos pozostałej części komentarza, ta ustawa ma regulować wewnątrz branżowe relacje, to jak na tym wyjdzie czytelnik będzie dopiero wiadomo bo jej wprowadzeniu, ale przy Twoim komforcie 10 książek miesięcznie to nawet w najgorszym scenariuszu jakbyś miała kupować ich 8 to i tak nie odczujesz bardzo boleśnie skutków tej ustawy.

  • ruderude

    Dla mnie wprowadzenie tej ustawy to głupota, bo ludzie przestaną kupować, a zaczną ściągać z internetu w wersjach nielegalnych z chomików i tych innych, może zaczną więcej wypożyczać (z bibliotek albo od znajomych, którzy już zdecydowali się kupić), ale przez to ostatecznie nastąpi spadek sprzedaży tych najnowszych tytułów. A konsekwencji tego można się już domyślać. Ciekawe, kto po roku będzie pamiętał, żeby kupić jakąś książkę? Ja po miesiącu o większości zapominam, bo rynek książkowy jest nieustannie zalewany „czymś, co przyciąga moje oko”.

  • Szyba

    Wszyscy analizują to bardzo szczegółowo, ale weźmy pod uwagę nas – odbiorców tego medium. Nie mam siebie za wielkiego fana literatury, nie jestem książkoholikiem, ba – przede wszystkim czytuję komiksy i strasznie się cieszę, że mój ukochany rynek w końcu rozwija się w Polsce. No i teraz kupując trzy komiksy mojego ulubionego wydawnictwa będę stratny 100 zł. Rozumiem, cena okładkowa znikąd się nie bierze, ale 75 zł za godzinę czytania i oglądania to dla mnie dużo. To dużo dla młodzieży mającej jedynie kieszonkowe od rodzica, to dużo dla młodego dorosłego utrzymującego się samemu i to dużo dla dorosłego z rodziną na utrzymaniu. Dla mnie ratunkiem są księgarnie, gdzie chociaż za te 46 zł kupię komiks, nawet 3 – żeby śledzić przygody ulubionych bohaterów, żeby być na bieżąco z planem wydawniczym i po prostu rozwijać hobby. A skoro księgarnie są w stanie dawać komiksy w tej cenie – prawdopodobnie mają jakiś zysk z tego i tak, opłaca im się to w jakiś sposób.

    Co zrobię jak ustawa wejdzie w życie? Kupię tablet i zacznę komiksy kupować z amerykańskiego cyfrowego sklepu, bo na tamtejszych promocjach można naprawdę kupić sporo fajnych pozycji, a polski rynek będzie na tyle drogi, że nie będzie mnie stać na wspieranie go. I wiem, że wielu znajomych fanów komiksu zrobi tak samo, a Ci którzy kupują od czasu do czasu – po prostu nie będą tego robili. Nie ukrywajmy – lepiej dla nas jak jest taniej i albo kombinujemy, albo odpuszczamy. Nie tylko rynek książek tak wygląda.

    • Kajo

      Będziesz mógł poczekać, skorzystać z drugiego obiegu, kupić jeden zamiast trzech i bardziej go docenić czytając 3 razy 😉 Jest taka granica po przekroczeniu której ta taniość sprawi, że nie będziesz chciał kupić takiego komiksu, bo stwierdzisz, że papier toaletowy z górnej półki ma lepszą jakość. Akurat komiks jak na niszę nieźle się rozwija i tu akurat nie widzę dla niego zagrożenia.

      • Szyba

        Ty chyba czegoś nie rozumiesz. Komiksy w Polsce i tak są w plecy, a powoli nadganiają amerykański plan wydawniczy. Nie mam zamiaru cofać się jeszcze bardziej względem reszty świata. I nie chcę się cieszyć jednym komiksem. Jeden komiks to jest samodzielne dzieło, to tylko odcinek całej serii. Jak na rynku są trzy kolejne tomy to nie będę w kółko pierwszego czytał.
        I komiksy nie mają kiepskiego papieru. Nie wiem skąd ten argument. Jest cholernie zagrożony, bo właśnie się rozkręca i znalazł swoją niszę, którą straci przy tej ustawie.

  • Agnieszka Sinoleodesespero

    Czy jest juz dostepny projekt tej ustawy? Szukalam na stronie Sejmu, ale tam na razie cisza. Bardzo chce sie z nim zapoznac, bo kilka dni temu na Niestatystyczny.pl przeczytalam: „Ustawa będzie dotyczyła także zamówionych przez internet książek odbieranych w stacjonarnych punktach księgarnianych lub gdy wysyłka będzie następowała z terenu Polski (a nie np. z podmiotu zagranicznego).” Jesli tak ma to wygladac, to jest oczywiste, ze ustawa zostala napisana pod kogos i ma sluzyc jego interesom. Nie sadze, zeby chodzilo o np. Amazon (dawno by juz weszli na polski rynek, gdyby chcieli, a ksiazki to tylko maly procent sprzedawanych przez nich produktów).
    I dodam cos od siebie: mieszkam w Hiszpanii, gdzie od 40 lat obowiazuje ustawa o jednolitej cenie, i gdzie mimo to male ksiegarnie praktycznie zniknely z krajobrazu miejskiego. Nie mial na to wplywu handel on-line (ksiegarni dzialajacych w internecie jest duzo mniej niz w Polsce- rzadzi Amazon- nie mówiac juz w ogóle o ksiegarniach ebooków, których w Polsce jest mnóstwo, podczas gdy w Hiszpanii króluje piractwo), ale niski poziom czytelnictwa. Nie powinnismy sie porównywac do protestanckich panstw Skandynawii, gdzie juz 200 lat temu wszyscy czytali Biblie, ale do wychodzacego z ogromnego zapóznienia kuturowego poludnia Europy, gdzie, jak w Polsce, malo kto czyta. Nie zmieni tego zadna regulacja cen, wprost przeciwnie: jesli biblioteki nie beda w stanie kupic nowosci, poziom czytelnictwa jeszcze bardziej spadnie. Ale to chyba o to chodzi obecnemu rzadowi.

    • Agnieszko, tutaj masz treść całej ustawy : http://www.pik.org.pl/upload/files/Ustawa%20o%20jednolitej%20cenie%20ksi%C4%85%C5%BCki_%20Projekt%202017-02-20.pdf

      Zgadzam się z Tobą z pewnością w tym aspekcie, że nie powinniśmy się porównywać ze Skandynawią bo …wiadomo dlaczego, prawda? 😉 Myślę, że podstawową kwestią jest to, że w każdym kraju to działa inaczej – w Izraelu klapa, we Francji w porządku, Skandynawia…no oni są raczej poza konkurencją jeśli chodzi o świadomość i poziom czytelnictwa. Jak to by było w Polsce…obawiam się, że fatalnie, bo wiemy przecież że Polak dostaje gęsiej skórki kiedy ktoś mu mówi, za ile ma sprzedawać i kupować 🙂 Dlatego nie przemawia do mnie akurat ten argument, że w innych państwach to zadziałało na plus, bo to zależy także od mentalności społeczeństwa i od stanu przed wprowadzeniem ustawy.

      • Agnieszka Sinoleodesespero

        Dziekuje bardzo za ten link!

        • Niespodziegadki

          Tutaj niestety macie rację. Chcielibyśmy jedną ustawą załatwić sobie Szwecję, ale to chyba nie będzie takie łatwe…

  • Sama już nie wiem, co o tym myśleć. Wydaje mi się, że taka księgarnia, jak ta w której pracuję, w konsekwencji zarobi mniej (bo często zdarzają się u nas obniżki na nowości konkretnego wydawnictwa), a ja tylko nasłucham się więcej od klientów „dlaczego to takie drogie”. Ale oczywiście na całą sprawę trzeba spojrzeć znacznie szerzej.
    Chciałam tylko sprostować wypowiedz przedstawiciela Książkowych Klimatów – do Biblioteki Narodowej wydawca musi wysłać tylko 2 egzemplarze każdej publikacji. Chociaż łącznie ilość wysyłanych egzemplarzy obowiązkowych do wyznaczonych bibliotek to faktycznie 17.

    • Beato, czyli jeśli dobrze rozumiem, wydawca musi wysłać 2 egzemplarze do BN i pozostałe do innych, różnych bibliotek? Czy wiesz czy sam je wybiera, czy to się dzieje odgórnie?

      No właśnie, Ty możesz się wypowiedzieć z punktu widzenia księgarni niesieciowej, jeśli dobrze to odczytuję. Cóż, bardzo to trudne, a mi się cały czas kołacze po głowie jedno pytanie, kto tak naprawdę na tym zarobi. No i nie wiem.

      • Wydawca nie musi wysyłać do bibliotek (ma na to określoną pulę, ale wcale nie obowiązek). Obowiązkowe są 2 egzemplarze do BN 🙂

        • Iwona Moka

          Wydawca MUSI wysyłać do wskazanych ustawowo bibliotek w całej Polsce. Bibliotek jest 15 (w tym BN). Nakład pow. 100 egz. to wysyłka 17 egz. obow. (po 2 dla BN i BUJ, reszcie po jednym). Ustawa o obowiązkowych egzemplarzach bibliotecznych z dn. 07-11-1996 (DzU 1996 nr 152 poz. 722). A że wielu wydawców tego nie robi, to już inna sprawa (bo nie grożą im za to praktycznie żadne sankcje)…

          • Iwona, dzięki za doprecyzowanie 🙂 Przynajmniej mamy jasność w kwestii tych egz. obowiązkowych, bo już zaczynałam się gubić 🙂

      • „Kto tak naprawdę na tym zarobi” – wiesz, mi się wydaje, że to nie idzie w stronę rzekomego dorabiania się kogokolwiek, a raczej ratowania sytuacji całego rynku wydawniczego w Polsce. Większość krzyczy, że ustawa godzi w czytelnika. A co, jeśli upadną wydawnictwa? Jeśli czytelnik, który zwykle wybiera nowości, nie będzie miał już CO (a nie za co) czytać/kupować (w sensie napływ nowych treści stanie się ograniczony, bo wydawnictw nie będzie stać ani na autorów, ani na druk), to czy nagle sięgnie po klasykę literatury? Ruszy do bibliotek? Być może w ogóle przestanie czytać, bo przestanie kupować. Błędne koło. Przeciwnicy ustawy sami strzelają sobie w kolano.

        • Luka, ja rozumiem ustawę tak, że między innymi ma służyć temu, żeby podźwignęły się małe księgarnie, a zatem – zarobiły. Czy nie tak? Oczywiście zwolennicy poruszają też kilka innych kwestii, ale zasadniczą sprawą miała tu być pomoc małym księgarniom i małym wydawnictwom (tego drugiego nie jestem pewna),a jeśli pomoc to rozumiem – finansowa. PrzMówi się o wyrównaniu szans z kolosami sieciowymi, a więc znowu kwestia pieniędzy. Więc dlaczego pytanie o to, kto na tym zarobi, jest bezzasadne? I szczerze mówiąc, nie jestem pewna w jaki sposób ustawa o stałej cenie ma spowodować, że wydawca będzie miał w kieszeni więcej pieniędzy. Bo biblioteki będą musiały kupować po wyższych cenach? A hurtownie? Czy one też będą musiały kupować droższe książki? Nie wiem.
          Nie zrozum mnie źle, staram się to zrozumieć i szczerze mówiąc, nie umiem opowiedzieć się już ani za, ani przeciw.

          • W zasadzie sama odpowiedziałaś sobie na swoje pytania (w pytaniach właśnie) 😉 Nawet nie orientując się w rynku, na logikę można stwierdzić, w jaki sposób to jednak może się udać.

            Mnie nurtuje jeszcze jedna rzecz. Ranga nowości wydawniczej. Teraz nowość nie znaczy niemal nic. Kupuje się ją jak normalną książkę, albo lepiej – o wiele taniej, bo wiadomo, że księgarnie wolą dać rabat na nowość, bo jest bardziej pożądana (a ile wyszło książek nieprzeczytanych… nie chcę myśleć…). Zdarza się więc tak, że za dobre tytuły (np. sprzed roku) musimy płacić o wiele więcej niż za jakąś kiepską nowość. Wg mnie nowość powinna być czymś wyjątkowym, pożądanym, powinna kusić, przyciągać… ale niekoniecznie ceną. A niestety to też jest siłą napędową. W ten sposób nowości schodzą jak świeże bułeczki, ale czy ktoś się zastanawia nad ich jakością, nad wartością? Ta ustawa może sprawić, że wydawnictwa będą wydawać rozsądniej, będą bardziej selekcjonować, nie wypuszczać wszystkiego, co się nawinie, przekonani, że i tak dobrze się sprzeda, bo będzie z rabatem. Oczywiście, ustawa nie pomoże czytelnictwu jako takiemu – przeciętny czytelnik (nowości) będzie raczej wkurzony i nie kupi tej… czwartej książki. Ale może kupi jakąś fajną książkę sprzed roku? A może bardziej świadomie wybierze coś z nowości? To chyba już kwestia własnej świadomości czytelniczej 🙂

          • A ja może tak przewrotnie zapytam: jaką rangę będzie miała nowość skoro prawie nikt jej nie kupi? 🙂
            I dalej: czy chodzi tylko o to, żeby stała na półce opatrzona ceną okładkową i ładnie wyglądała?

          • Ale kto decyduje o tym czy książka jest mniej wartościowa? Przecież każdy ma własne gusta i każdemu podoba się coś innego. Czytelnik powinien mieć prawo wyboru tego, co chce czytać (nawet jeśli komuś wydaje się, że ma prawo nazwania tej pozycji marną).

        • Niespodziegadki

          Niestety, wielu ludzi nie rozumie specyfiki rynku książki i wydaje im się, że literatura to produkt jak każdy inni – jeśli to wydawnictwo upadnie, to opublikuje inne. Byle najtaniej.

  • Wydaje mi się, że jakoś nikt nie zauważa w natłoku tych różnych poglądów, coraz to nowych projektów ustaw dotyczących promocji czytelnictwa, cen książek etc., że sprzedaż książki poza całą oczywiście piękną otoczką z głaskaniem okładki i wąchaniem stron, jest przede wszystkim umową zawieraną przez zwykłego szarego czytelnika z księgarnią (i to już obojętnie jaką, internetową, małą kameralną, kawiarnio-księgarnią, czy molochem), z którego zyski przede wszystkim czerpie wydawca.

    I teraz jeszcze bardziej obedrę kupowanie książek z wspaniałej zasłonki. Bo kupujący szary czytelnik jest w tym układzie nikim innym, jak tylko konsumentem, zaś księgarnia, jakakolwiek by nie była, jest jednak przedsiębiorcą, a więc podmiotem z założenia „silniejszym” i bardziej profesjonalnym. Idąc dalej czerpiący zyski wydawca jest również przedsiębiorcą i to niejednokrotnie większym niż ta nasza mała księgarenka.

    A zatem ustawa wprowadzającą jednolitą cenę książki będzie korzystna wyłącznie dla przedsiębiorców, jakimi są księgarnie oraz wydawnictwa, czyli wyłącznie dla podmiotów na szeroko pojętym rynku znacznie silniejszych niż zwykły konsument.

    Istnienie bądź nieistnienie przedsiębiorców reguluje natomiast wolny rynek, a nie jakieś sztuczne ustawy rodem z poprzedniego ustroju. Zresztą wszędzie tam, gdzie pojawia się regulacja od razu widać luki prawne i sposoby omijania tejże. Dobrym przykładem będzie tutaj wzmocnienie regulacji taksówkarskiej (która notabene jest patologią), która wydała na świat takie cuda, jak „psychoterapia holistyczna podczas jazdy autem” zwana lokoterapią 🙂

    Mam wrażenie, że w przypadku książek mogą wrócić powielacze i bibuły 😀

    Z całą stanowczością podkreślam jednak, że prawo powinniśmy tworzyć z korzyścią dla zwykłych obywateli, a nie tylko dla pewnych grup.

    • O, własnie też to chciałam napisać. pomijając naszą miłość do książek i uważanie ich za dobra szczególne, z czysto ekonomicznego punktu widzenia książka jest TOWAREM. I tak powinna być traktowana, jak kazdy inny towar. A gdy go kupujemy, zawieramy dokłądnie taką samą transakcję, jak kupując kilogram ziemniaków, nowa kieckę czy proszek do prania!

      • Niespodziegadki

        Książka jest towarem, ale nie takim „jak każdy inny towar”. Jeśli splajtuje producent proszku do prania X, zaczniemy kupować proszek Y i pewnie nawet nie zauważymy różnicy. Jeśli splajtuje wydawca, niektóre książki nigdy nie ukażą się po polsku. I, niestety, pewnie będą to te ambitniejsze, bardziej wymagające – te zwykle mają mniej czytelników i się „nie opłacają”.

  • Jestem przeciwna jakiemukolwiek regulowaniu cen czegokolwiek. Równie dobrze możemy regulować ceny groszku, czy wody mineralnej, bo jak to jest, że produkt jednego producenta kosztuje gdzieś taniej i gdzieś drożej. To nie do pojęcia!

    A tak całkiem serio. Nie przemawiają do mnie argumenty o „poszkodowanych księgarzach”, bo poszkodowane są jedynie wielkie sieci. Przecież nikt tutaj nie mówi o małych księgarzach! Im na rynku jest coraz gorzej, a zaczęło się dziać to zanim kupowaliśmy książki przez Internet. Gdy Empik wygryzał drobnych handlarzy, jakoś nikt nie krzyczał o ich krzywdzie.

    Ceny nie spadną. Ludzie będą kupować mniej. Sama się przyznam, że wolę kupować w księgarniach internetowych. Nie przekonuje mnie argument, że kupujący chętniej sięgaliby po książki i płacili więcej, wiedząc, ze wspierają księgarnie. Taką tezę wygłosił przedstawiciel PIK-u w rozmowie na antenie audycji „za a nawet przeciw”. Inny ekspert wygłosił ubolewanie nad tym, że książka leży w markecie pośród artykułów spożywczych. No jak tam można. No można. Książka nie jest jakimś cudownym przedmiotem. To produkt. Leżenie koło wędliny nie sprawi, ze będzie mniej cenna.

    Nie przekonuje mnie też oskarżanie internetowych księgarni o nieuczciwą konkurencję. Otóż w internecie możemy znaleźć tańsze ubrania, kosmetyki, sprzęt elektroniczny, gry.. Słowem wszystko. Tego ceny też mamy ustalać?