Wydawcy mają głos – jednolita cena książki

źródło: depositphotos.com

Ustawa o jednolitej cenie książki to pomysł, który, mam wrażenie, ma tyle samo zwolenników co przeciwników. Temat po raz pierwszy pojawił się w 2015 roku, potem nieco przycichł, żeby powrócić na przełomie lutego i marca tego roku. 

Założenia tejże ustawy chyba wszyscy już znają, ponieważ w sieci aż gęsto jest od artykułów jej dotyczących.Mianowicie ustawa przygotowana przez Polską Izbę Książek zakłada, że wydawca czy też importer tytułu wprowadzanego do sprzedaży ustali jego cenę, która będzie niezmienna przez okres 12 miesięcy. Obowiązek sprzedaży po ustalonej cenie miałby obowiązywać wszystkich – od księgarń internetowych, przez kameralne księgarnie stacjonarne, aż po sieciówki. Możliwy byłby jedynie rabat w wysokości 5% w sprzedaży regularnej i 15% w sprzedaży na takich wydarzeniach jak np. targi książki. Po wspomnianym okresie czasu sprzedawca mógłby dowolnie już obniżać cenę pozycji.
Dodatkowym przepisem w ustawie jest ten mówiący o obowiązku księgarza do sprowadzenia na życzenie klienta każdego tytułu, o ile tylko jest dostępna u wydawcy. Czytelnik może być obarczony jedynie kosztami przesyłki, a celem tego przepisu byłoby zwiększenie dostępności bardziej ambitnych pozycji, także w małych miejscowościach.

Zdania, jak można było się spodziewać, są podzielone. Są tacy, którzy uważają, że ustawa jest jedyną szansą dla małych księgarń, i że należy „wyrównać szanse” między ogromnymi sieciami, a drobnymi sprzedawcami. Twierdzą, że jeśli czytelnik będzie pozbawiony opcji kupienia nowości w Internecie z 35, a nawet 40% rabatem, tak jak wygląda to teraz, to chętniej kupi książkę w profesjonalnej księgarni. Mówi się także o poprawie losu wydawcy, który nie będzie już zmuszany przez dużych dystrybutorów do sprzedaży tytułów w jak najniższych cenach.

Po drugiej stronie barykady, przeciwnicy ustawy mówią o nieuniknionym spadku czytelnictwa ze względu na wysokie ceny nowości. Podkreślają także, że ułudą jest poprawa sytuacji małych księgarń i wydawnictw, a jedynym graczem który zyska na całej operacji są duże sieci księgarniane. Wspominają także o zaprzeczeniu idei wolnego rynku.

Michał Alenowicz, założyciel Wydawnictwa Wiatr od Morza, na pytanie czy jest „za” czy „przeciw”, odpowiada bez wahania „za”. Choć jako mały, ambitny wydawca nie widzi dla siebie ani szczególnych korzyści, ani dużych zagrożeń, to jednak uważa, że w dłuższej perspektywie ustawa mogłaby zakończyć wojny cenowe i ucywilizować rynek. 

Potrzebę wprowadzenia „ustawy o książce” dostrzegam nie tyle jako wydawca, lecz po prostu jako Polak, któremu zależy na zdrowym obiegu kultury. A tutaj za dobro o wyjątkowej wartości należy uznać nie tylko książki (ewidentnie będące czymś więcej niż „produktem”), ale również księgarnie (często stanowiące przecież coś więcej niż „sklep z książkami”). Uważam, że ustawa mogłaby uratować wiele małych, lokalnych księgarń, które przy obecnym kształcie rynku nie wytrzymują wojen cenowych i upadają w zastraszającym tempie. Moim zdaniem to księgarzom powinno najbardziej zależeć na wprowadzeniu „ustawy o książce”, a ja życzę im, by jak najszybciej do tego doszło.
Michał Alenowicz, Wydawnictwo Wiatr od Morza

na zdjęciu warszawska księgarnia Radio Telewizja

Zupełnie odmienne stanowisko przyjmuje natomiast współwłaściciel Wydawnictwa Książkowe Klimaty – Tomasz Zaród.  Na moje pytanie o ustawę od razu odpowiada – jesteśmy zdecydowanie przeciw. Jako liberał, sprzeciwia się wszelkiej regulacji cen, a zatem ingerencji we wspomniany wolny rynek. Uważa, że wystarczającym wsparciem państwa, jeśli chodzi o ceny książek, jest preferencyjna stawka VAT.

Ustawa może spowodować, że przez 12 miesięcy klienci nie będą kupować nowości, bo będą za drogie i będą czekać rok, aż umożliwiona będzie obniżka cen. Dodatkowo nie jest prawdą, że ustawa może ostatecznie obniżyć ceny okładkowe, ponieważ nie zmienią się koszty poszczególnych etapów dystrybucji. Ostatecznie, nowe przepisy w żaden sposób nie zwiększą czytelnictwa, a mogą je nawet ograniczyć. Jeśli Państwo chciałoby coś zrobić dla czytelnictwa, to powinno usunąć z listy lektur pozycje, które właśnie wprowadziło przy okazji reformy edukacji. Natomiast jeśli Państwo chciałoby zrobić coś dla wydawców – to mogłoby zredukować ilość egzemplarzy obowiązkowych przeznaczonych dla Biblioteki Narodowej. Naprawdę, obowiązek wysyłania 17 sztuk to ogromna przesada, nie mająca żadnego uzasadnienia.
Tomasz Zaród, Wydawnictwo Książkowe Klimaty

Pan Tomasz dodaje jeszcze, że owszem, ustawa może w jakimś stopniu pomóc małym księgarniom, ale tylko o tyle, że będą one miały nowości w takich samych cenach co sieciówki i księgarnie internetowe. Te małe księgarnie również stracą rabaty dla stałych klientów, a takimi często aktualnie operują. Podkreśla, że PIK zwyczajnie nie umie liczyć, sądząc, że ceny okładkowe spadną. No bo jak, przecież jak ja obniżę cenę okładkową o 15%, to przecież hurtownia nie będzie automatycznie chciała kupować ode mnie z mniejszym rabatem.

Współwłaściciel Książkowych Klimatów wspomniał jeszcze o jednym przegranym omawianej ustawy – bibliotekach – które w jej myśl stracą możliwość zakupu nowości z rabatem 40%, a zostaną z marnym 15%.

Kamila Buchalska, redaktor naczelna w Książkowych Klimatach dodaje, że klienci po prostu przestaną kupować nowości (jakby było mało literatury na rynku) i wrócą po upatrzone tytuły po roku, kiedy spadnie cena. Wspomina także o absurdzie argumentów o generalnym obniżeniu cen książek, z racji konieczności zapłacenia redaktorom, tłumaczom, autorom, i tak dalej. Te koszty się nie zmienią.

Sprawa jak widać nie jest ani prosta, ani jednoznaczna. Nie zanosi się także na jej szybkie rozwiązanie, chociaż… kto tam wie co się dzieje za zamkniętymi drzwiami ;).

Michał Alenowicz dodał jeszcze jedną uwagę: Oczywiście odrębną kwestią pozostaje to, czy ustawa będzie dobrze napisana. Już mnożą się różne pomysły na jej obchodzenie, a wiadomo nie od dziś, że ustawodawcy często nie doceniają kreatywności rodaków w tym zakresie. Pozostaje mieć nadzieję, że eksperci odpowiedzialni za ostateczny kształt ustawy będą potrafili przewidzieć różne, nawet najbardziej nieprawdopodobne, scenariusze. W przeciwnym razie zamiast poprawy sytuacji czekałby nas chaos.

O ile postanowiłam nie zajmować żadnego stanowiska w kwestii ustawy, a jedynie przedstawić Wam dwa odmienne punkty widzenia sytuacji, o tyle ze stwierdzeniem o kreatywności rodaków nie mogę się nie zgodzić. Jak to powiedział prowadzący na szkoleniu Google Analytics, na który wysłała mnie firma – świat nie jest gotowy na Polaków. 😉

Gdyby ktoś zastanawiał się dlaczego wstrzymuję się od wybrania którejś ze stron i chciał oskarżyć mnie o zachowawczość, to nie to. Wypowiedzi samych zainteresowanych uświadamiają mi, że nie wiem nic o wydawaniu książek. Wypowiadanie się w ten kwestii pozostawiłam zatem właśnie im.

Ale za to bardzo chciałabym usłyszeć jakie jest Wasze zdanie na ten temat. Mówcie.

Bardzo szeroko o tym, jakie argumenty za podaje PIK oraz jak to wygląda w innych państwach możecie znaleźć w Rezerwatach Książek.

Treść całej ustawy możecie przeczytać TUTAJ.

A.