Jedna księżycowa noc – Caradog Prichard

Niepokojąca. To pierwsze określenie, jakie przychodzi mi do głowy, kiedy myślę o Jednej księżycowej nocy Caradoga Pricharda. Powieść, która snuje się jak pajęcza nić. Lekko, niemal niedostrzegalnie, wije się wokół mnie, oplata kostki, idzie w górę przed uda, do brzucha. Zatrzymuje się na wysokości klatki piersiowej i tam jakby zaczyna się zaciskać. Wtedy pierwszy raz go czuję. Niepokój. Niepokój i strach, a jednocześnie fascynacja. Uczucie zbliżone do tego, które mam za każdym razem, kiedy zaglądam do studni: boję się, ale równocześnie nie mogę się powstrzymać, żeby nie pochylić ciała nad jej ciemnym otworem i nie patrzeć wgłąb pustki.

Od czytania Pricharda można dostać halucynacji. Mylą się czasy i osoby, żywe z nieożywionym, głosy z ciszą, przeszłość z przyszłością. Przez zamknięty światek małego walijskiego miasteczka prowadzi mnie dziesięcio-, może dwunastoletni chłopiec. Prowadzi mnie doskonale sobie znanymi ścieżkami, ale ja się nieco gubię. Mam wrażenie, że kilkakrotnie znajdujemy się w tym samym miejscu, że zataczamy koła. Jednak zaraz potem widzę coś zupełnie nowego, miejsce, w które na pewno do tej pory jeszcze nie dotarliśmy. Szybko więc uczę się mu ufać. Czuję, że zmierzamy do z góry określonego punktu, który nieubłaganie na nas czeka. Możemy jednak trochę pokluczyć, zajść w kilka miejsc nie do końca po drodze, cel nieco odwlec w czasie. Uciec przeznaczeniu na moment i pobawić się w Beztroskę.

Pewnie myślicie, że skoro wspięliśmy się tak wysoko, niebo wydawało się stamtąd bliższe. Ale wcale tak nie wyglądało, gdy leżałem na wznak i nie widziałem niczego, tylko błękit i błękit, bez jednej chmurki, a słońce przypiekało mi policzki. Kurczę, to musi być bardzo miłe pójść do Nieba. Dziwna rzecz, że nie mogę go stąd zobaczyć, nie widać nawet jednego anioła, który dokądś by sobie leciał. To musi być najniższa część Nieba, jego podłoga, i z drugiej strony też musi być niebieska. Kurczę, musieli zużyć na to mnóstwo niebieskiego koloru. O wiele więcej niż Mama w dzień prania. [s.64]

Jesteśmy cały czas bardzo blisko siebie. Chłopiec dzieli się ze mną swoim drugim śniadaniem – obrzynkami z chleba i butelką mleka, albo pyrami z maślanką na obiad. Niemal słyszę, jak oblizuje sobie palce. Kładziemy się razem na wzgórzu i dotykamy nieba. A zaraz potem pędzimy, pędzimy jak wiatr w dół doliny. Do Królowej Czarnego Jeziora.

Obraz rozmyty, skrzywiony przez czas i wyobraźnię niczym odbicie w zmarszczkach wody – oto czym była ta kronika. Obraz odrealniony, ujrzany w nocy, w świetle księżyca – tak pisał po latach o swojej jedynej powieści Caradog Prichard.

Myślę, że nikt nie napisałby lepszego zdania podsumowującego to literackie dzieło z 1961 roku, niż zrobił to sam autor. Razem z nim kroczymy przez jedną księżycową noc, jednocześnie przechodząc przez wspomnienia z całego jego dzieciństwa. Nie wiemy, ile jest w nich prawdy, a ile iluzji. Caradog Prichard napisał tę powieść jako swego rodzaju katharsis, czerpiąc garściami z własnych doświadczeń, próbował w ten sposób rozliczyć się z ciążącą mu przeszłością, uporać z depresją. Akcja książki dzieje się w latach pierwszej wojny światowej, w bezimiennym Miasteczku, za którego model posłużyła miejscowość Bethesda, w której autor się wychował. Bezimienny jest również jej główny bohater.

Prichard kreśli nie tylko obrazy własnych przeżyć, ale daje nam też wgląd w trudy życia podupadającego przemysłowego walijskiego miasteczka. Niezwykle umiejętnie zarysowuje poszczególne postaci, których jest bardzo dużo, lecz każda jest jakaś, każda jest potrzebna dla oddania całości historii.

Powieść napisana jest językiem, z jakim nie spotkałam się nigdy wcześniej. Tłumaczka wykonała nieprawdopodobną pracę przy przekładzie, ponieważ Prichard zdecydował się na pisanie gwarą, specyficznym dialektem doliny Ogwen, który diametralnie różni się od literackiego języka walijskiego. Forma również jest nietypowa, zdania są krótkie, lecz zlewają się w jedną wielką całość. Dialogi nie są w żaden sposób wyróżnione. Zabieg ten daje możliwość zanurzenia się w języku oraz wprowadza naszą wyobraźnię w najwyższe obroty. Prichard pisze obrazami i po pokonaniu uczucia dziwności, po kilku pierwszy stronach wchodzimy w jego opowieść jak w masło.

Pójdę zapytać Mamę Huw, czy mógłbym wyjść się pobawić. Czy Huw może wyjść się pobawić, o Królowo Czarnego Jeziora? Nie może, leży w łóżku, o ty też powinieneś tam być, ty mały gałganie, zamiast kręcić się po miasteczku i hałasować o tej porze nocy. Gdzeście chodzili wczoraj łobuzować i doprowadzać ludzi do szału? Jakich ludzi, do jakiego szału? To nie my ich doprowadzamy do szału, oni sami szaleją. Nigdzie wczoraj nie byliśmy, kręciliśmy się tylko po okolicy. [s.19]

Między innymi z powodu języka książka wzbudziła tak duże poruszenie w kręgach literackich. Zarówno treść jak i forma odbiegały znacząco od tradycyjnego pisarstwa lat ’60 (Jedną księżycową noc porównuje się pod tym względem do Ulissesa). Ostatecznie uznaje się ją za arcydzieło literatury walijskiej, książka weszła nawet do kanonu lektur szkolnych. Niestety ani wcześniej, ani później Prichard nie napisał już powieści. Przez wiele lat tworzył wyłącznie poezję, natomiast po Księżycowej nocy wydał jeszcze tom opowiadań i autobiografię, ale one nie spotkały się już z tak entuzjastycznym przyjęciem.

W Jednej księżycowej nocy znalazłam wzruszenie i smutek, szaleństwo i cichą rozpacz, zawiedzione nadzieje i rewelacyjny czarny humor. Przy tym wszystkim autorowi udało się nie zostawić mnie w kawałkach. Zamknęłam książkę z poczuciem, że dokonało się, z mieszanką ulgi i melancholii, a przede wszystkim z myślą, że przeczytałam coś absolutnie wyjątkowego.

Do diabła, nareszcie. Kraniec Czarnego Jeziora. Ktoś musiał obniżyć ten mur, bo kiedyś, dawno temu, musiałem się na niego wspinać, żeby zobaczyć Czarne Jezioro, a teraz sięga mi zaledwie do kolan. I nawet mogę spojrzeć przez mur, jeśli uklęknę w ten sposób. Rety, ależ bolą mnie stopy. Zdejmę na chwilkę te okropne buty. (…) Może, jeśli już o to chodzi, oni wszyscy tam są na dole: Huw, Moi, Em, Babcia, Ceri i cała reszta. Rety, to byłoby dziwne zobaczyć teraz Mamę, która wstaje z Jeziora i krzyczy: Chodź tu, ty mały gałganie! Znowu łobuzowałeś z tym twoim Huw. 
Zawołam, tak tylko, żeby sprawdzić, czy jest echo. Mamo-o-o. Mamo-o-o. Mamo-o-o. Tak, rzeczywiście. [s.2016]

A.

PS Trzymana przeze mnie w ręku książka jest pierwszą wydaną powieścią przetłumaczoną z walijskiego na polski. Brawa dla Officyny, brawa dla tłumaczki, Marty Listewnik, za niesamowitą pracę przy przekładzie i za bardzo ciekawe oraz potrzebne wprowadzenie do powieści.

Jedna księżycowa noc, Caradog Prichard, tłumaczenie z walijskiego Marta Listewnik, wyd. Officyna, Łódź 2017