Jak kocham książki ❣

Od rana otaczają nas serduszka: w Internecie, w spożywczaku, wyskakują niemal z lodówki. Filmy o miłości, książki o miłości, najpiękniejsze zakochane pary, zakochane pary wszech czasów i tak dalej, i tak dalej…  Ja też dzisiaj piszę o kochaniu. Tyle, że rzeczy martwych (przynajmniej na pozór).

Jestem jedną z ostatnich osób, które napiszą dla Was zestawienie książek o miłości. Z prostej przyczyny – bardzo rzadko je czytam. Wyjątkiem od reguły (a wyjątki jak wiadomo, z przyczyn dla mnie niezrozumiałych, ale jednak, podobno potwierdzają regułę) jest literatura klasyczna. Wichrowe wzgórza, Anna Karenina, Mistrz i Małgorzata, Przeminęło z wiatrem… Mogłabym pewnie po zastanowieniu wymienić jeszcze kilka klasycznych tytułów, które faktycznie są o miłości i zajmują ciepłe miejsce w moim, nomen omen, sercu.

Jeśli jednak chodzi o książki współczesne, no to tu jest znacznie gorzej. Oczywiście miłość (mniej lub bardziej szczęśliwa, z naciskiem na mniej) się w czytanych przeze mnie tytułach przewija, ale nie jest wątkiem głównym, raczej nieuniknioną składową życia bohaterów.

Dlatego też o dobre książki o miłości pytam Was dzisiaj na parapetowym Facebooku, a tutaj, na blogu, piszę o swojej własnej miłości. Do książek właśnie. Chcecie wiedzieć jak kocham książki? Właśnie tak!


Składuję w każdym kącie mieszkania

Moje dwa nieduże pokoje są wypełnione książkami. Jakiś czas temu próbowałam się z częścią z nich rozstać i wywieść do domu rodziców na wsi, ulokować je bezpiecznie w moim pokoju na poddaszu. Nic z tego! Po miesiącu, dwóch zaczęłam je partiami przywozić z powrotem, bo jakoś było mi bez nich nieswojo. Pomimo więc, że obiektywnie nie mam miejsca już w swoim mieszkaniu na więcej książek, póki co nie podejmuję ponownej próby wywiezienia ich gdziekolwiek.

Obkładam się jak pierzynką

W samotne wieczory, kiedy nic już nie muszę a mogę siedzieć i czytać, biorę sobie do łóżka kilka książek, w sumie tylko po to, żeby sobie obok mnie poleżały. Najczęściej są to jakieś nowe książki w domu, które chcę jeszcze raz przejrzeć, a także ze dwie czytane równolegle. Doskonale wiem, że ostatecznie będę czytać tylko jedną, ale obłożenie się pozostałymi sprawia mi perwersyjną przyjemność.

 Kładę pod poduszkę

Kiedy są moimi jedynymi wieczornymi towarzyszami i już zrobię sobie z nich małą koczownię, najczęściej na granicy jawy i snu podkładam sobie czytany tytuł pod poduszkę. Potem rano się dziwię, że boli mnie szyja.

Nie robię im krzywdy

Nie zaginam rogów. Nie jem nad książką. Co cenniejsze noszę w torbie w futerale. Ale też podkreślam fragmenty ołówkiem, przyklejam zakładki. Traktuję książki z delikatnością, ale nie z nabożnością. To przedmiot użytkowy lecz jednak należy mu się więcej szacunku niż gazecie (dla której nie mam litości).

W ramach terapii układam w stosy i rzędy

Kiedyś, kiedy miałam bardzo rozpaczliwy czas i niczym nie potrafiłam się zająć, przyjaciółka poradziła mi, cytuję, „wypie***l je wszystkie na podłogę i układaj”. O książki chodziło naturalnie. Tak też uczyniłam i okazało się to wspaniale terapeutycznym zajęciem. Każdą brałam do ręki, przypominałam sobie jej treść, okoliczności kupienia, czytałam dedykacje. Albo też ganiłam siebie samą, że tak długo czeka na przeczytanie.Wykonałam taki zabieg co najmniej trzykrotnie, przy czym za każdym razem układałam je coraz bardziej bez ładu i składu. Być może była to oznaka zdrowienia.

Krzyczę i przemawiam czule

Do książek podchodzę emocjonalnie. Czasem rwę sobie włosy z głowy, wstaję i siadam, smucę się i zamyślam. A jeśli nie budzą we mnie żadnych emocji? Do takich się nie przywiązuję i bez sentymentów oddaję w świat.

Doceniam ich piękno zewnętrzne

Jestem jedną z tych osób, które potrafią docenić wygląd zewnętrzny i które przyciąga w księgarni ładna oprawa. Piękne książki mam ochotę głaskać i czasem po kryjomu to robię (tak jak Kolosa albo The Diary of a Bookseller). Najbardziej przyciągają mnie te minimalistyczne i pastelowe. Okładka, skład, jakość papieru mogą dodać książce wartości, choć oczywiście gniot ubrany w najładniejsze łaszki na zawsze pozostanie gniotem.


Patrząc na to, jaką ilością uczuć obdarowuję książki i co dostaję od nich w zamian, czy można z całą pewnością stwierdzić, że to tylko rzeczy martwe? Ja sobie myślę, że nie do końca. ☺
A jak Wy kochacie książki? Czy jest to miłość zgodna i harmonijna czy raczej burzliwa, niczym włoskie małżeństwo z powieści Eleny Ferrante?

A.

źródło: usplash.com