Czeskie krymi od Afery, czyli Iva Procházková

Iva ProcházkováJa i kryminały nie mamy ze sobą po drodze

Nie ciekawi mnie ten gatunek, nie tego szukam w literaturze. Czasem jednak robię wyjątek od reguły. Przyczyny były dwie, po pierwsze wydawnictwo Afera, które bardzo lubię i wspieram, po drugie, pochodzenie autorki książek. Ile czytaliście w życiu czeskich kryminałów? Ja żadnego, ani też nie widuję na dziale książek kryminalnych nazwisk zza naszej południowej granicy. Kryminał z akcją osadzoną w Pradze, napisany przez Czeszkę wydał mi się niemal czymś egzotycznym. Na moim stole wylądowało zatem czeskie krymi, czyli Iva Procházková i jej dwie książki.

Nie można dać się szantażować przeszłości. Wspomnienia prawie zawsze są troską. Retuszują rzeczywistość, zalewają duszę sentymentami. Osłabiają wolę.*

Czeskie krymi od Afery, czyli Iva Procházková

Mężczyzna na dnie i Roznegliżowane to dwie części cyklu z podinspektorem Marianem Holiną w roli śledczego. Nie będę tutaj pisała o otwierających powieści zbrodniach, zarys fabuły możecie przeczytać sobie na stronie wydawnictwa, gdzie Was w tym celu odsyłam. Dość powiedzieć, że akcja obydwu książek rozgrywa się w Pradze i na jej obrzeżach, w pierwszej zasadniczą rolę odgrywa złożona psychologia postaci ofiary i astrologia (tak, tak), w drugiej mamy do czynienia ze światem azjatyckich imigrantów, a ich fabułę spajają postaci policjantów i kilku osób z ich życia prywatnego.

Superbohater? Nie, dziękuję.

Czeski kryminał okazał się być przyjemną, lekką lekturą, przy której odpoczęłam. Bardzo dawno nie czytałam książek, które byłyby czystą rozrywką. Procházková skonstruowała ciekawą fabułę, dała wyrazisty charakter osiowym postaciom jej kryminałów. To co mi się bardzo podobało, to pozbawiona supermocy, bezpretensjonalna osoba prowadzącego śledztwa podinspektora Holiny, który ma swoje urocze słabości i zwyczaje, nie zgrywa twardziela, ale też nie daje sobie w przysłowiową kaszę dmuchać.
Obydwie książki są zgrabnie skonstruowane, kilka wątków łączy się ostatecznie spójnie ze sobą, autorka nie plącze się we własnych intrygach (jak to czasem bywa).

Mało Pragi w Pradze i Czech w Czechach

Ta czysta rozrywka, którą okazały się być kryminały Prochzkovej, jest zarazem ich zaletą, jak i wadą. Zabrakło mi tutaj pytań, nad którymi czytelnik mógłby się pochylić (chociażby o winę i odpowiedzialność, które można zgrabnie wpleść w fabułę, w której pojawia się zbrodnia). Zabrakło mi również wyraźniej zarysowanego tła społecznego współczesnych Czech i samej Pragi. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że opowiedziane historie mogłyby się wydarzyć w każdym miejscu na świecie. Szukałam w nich jakieś bliżej niesprecyzowanej „czeskości”, lecz jej nie znalazłam. Być możne autorka celowo skupiła się na ludziach, dość szczegółowym zarysowaniu ich postaci, pomijając bohatera, jakim mogły być współczesna Praga i Czechy.

Poruszenie przeze mnie powyższego wątku w domu, wywołało dyskusję o literaturze czeskiej w ogóle – od wojaka Szwejka, pisarstwo Hrabala, po autorów współczesnych. Prawie się pokłóciliśmy o Hrabla, czy jego książki są czeskie i co to właściwie znaczy, czy jego bohaterowie mogliby równie dobrze być osadzeni w zupełnie innym kraju. Blisko jest mi do stwierdzenia, że Czesi w swojej literaturze skupiają się na człowieku, na małych rzeczach składających się na jego życie, a na daleki plan odkładają wątki społeczne, bo… No właśnie, dlaczego? Bo (jak mówi mama) kucnęli sobie w kąciku Europy i nieszczególnie interesuje ich coś poza nimi samymi? Do pomyślenia.

Lekka lektura na poziomie

Nie umiem ocenić cyklu z podkomisarzem Holiną pod kątem jakości intrygi kryminalnej, czyli mówiąc wprost – czy trudno zgadnąć kto zabił. Mam tak niewielkie doświadczenie w poszukiwaniu zabójcy na kartkach książki, że jeśli już to robię, to prawie nigdy nie domyślam się zakończenia i jestem przez autora zaskakiwana. Tak też było w tym przypadku.
Tak czy inaczej, jeśli poszukujecie oderwania od rzeczywistości lub od ciągu wymagających i trudnych lektur, czeskie krymi spełni tę funkcję wyśmienicie. Jest to lektura na poziomie, napisana lekkim piórem i fajnie się przy niej odpoczywa.

A.


Mężczyzna na dnie, Iva Procházková, przekład Julia Różewicz, Wrocław 2016
Roznegliżowane, Iva Procházková, przekład Julia Różewicz, Wrocław 2017

Za książki serdecznie dziękuję wydawnictwu Afera i czekam na kolejne czeskie dobroci.

*cytat pochodzi z Mężczyzny na dnie

 


  • Annabeth Lancaster

    Masz rację. Jeszcze żadnego czeskiego kryminału nie czytałam. Może warto to zmienić i dać tej książkę szansę 🙂

    Zapraszam na http://www.hagrid.pl/ 😀

    • Warto odkryć choć jeden nieznany literacko ląd rocznie, nie sądzisz? :))

  • Gdybyś chciała, to mogę Ci coś polecić z kryminałów, coś niezobowiązującego 🙂 A o tych książkach postaram sie pamiętać, bo wydają się warte uwagi.

    • To polecaj, chętnie kiedyś sobie sięgnę po coś wartego uwagi, z kryminałów nawet 🙂

    • Chcę! 🙂 Warto sobie zanotować w notesiku ciekawe tytuły z każdego gatunku 🙂

  • O rany, jakie poważne dyskusje ten niepozorny kryminałek sprowokował! 🙂 Ja bym powiedziała, że ta czeskość u Czechów jest taka mimo woli, i to jest fajne – nie starają się wpisywać w jakiś swój powszechnie przyjęty wizerunek, przeciwnie, raczej od niego uciekają, ale czeskość i tak jakoś wychodzi. W sposobie opowiadania, w klimacie, w połączeniu humoru ze smutkiem (nikt tego nie potrafi tak jak oni!). Przy czym oczywiście nie sprowadzam tu czeskości do tego płytkiego stereotypu Pepika z piwem. Na przykład w kryminałach Prochazkovej ten Holina, jako nie-superbohater, wielbiciel rohlików, jest bardzo czeski (mimo że Słowak). W tle może rzeczywiście jest tego trochę mniej (choć jakiś współczesny obraz Pragi, zwłaszcza w tej drugiej części , z dzielnicą wietnamską itd., się pojawia; poza tym ta astrologia – nie wiem, czy to by przeszło w kryminale w jakimś innym kraju :).
    Co do Hrabala, nie mogłabym się nie wypowiedzieć :). Tutaj jest podobnie – moim zdaniem jego bohaterowie nie mogliby się „zrodzić” w zupełnie innym kraju, są bardzo zakorzenieni w czeskości, ale w taki właśnie bardzo naturalny, nie-wymuszony sposób. A Hrabal nie miał ambicji analizować stosunków społecznych, co nie znaczy, że mimochodem mówi swoimi historiami bardzo ważne rzeczy o czeskim społeczeństwie i czeskiej historii. I może tak to właśnie u tych Czechów jest – nie ma tych wątków na pierwszy rzut oka, ale jednak pod powierzchnią są (choć oczywiście nie u wszystkich, czasem kwestie społeczne wychodzą na pierwszy plan, zdarzają się i tu ostre krytyki).
    Wracając do Prochazkovej, bardzo żałuję, że nigdzie po polsku nie da się (bo chyba się nie da?) obejrzeć tego serialu, który opo wiada losy bohaterów kryminałów Prochazkovej, „Vrazdy v kruhu”. Czeskości i praskości, przynajmniej jest tam mnóstwo. Takie piękne zdjęcia! Takie cudowne widoczki Pragi! Choćby dla nich polecam choćby rzucić okiem na kilka odcinków :).
    Za to jeśli chodzi o kryminały, jeszcze taka refleksja. Mnie też nigdy nie było z nimi po drodze, bo wydawało mi się, że to taka czysta rozrywka, a ja jednak szukam w książkach czegoś więcej, ale! Właśnie wczoraj, na kursie, pan prowadzący czytał fragment autorstwa Raymonda Chandlera na temat tego, że dobry kryminał nie może się skupiać tylko na intrydze, że musi właśnie kreślić bogate tło społeczne, musi mówić coś o świecie, i szalenie mi się ta myśl spodobała. I pomyślałam sobie, że może po prostu na takie naprawdę dobre kryminały nie trafiałam? Może trzeba jeszcze poszukać? Może trzeba poczytać Chandlera? 😉

    • To ja od końca 😀 Właśnie ja bym dokładnie tego oczekiwała od kryminału – nie tylko trupa z szafy (jak u pierwszego z brzegu Jo Nesbo, który mnie nie zachwyca w ogóle, czytadło i tyle), ale tła społecznego. I znajduję to u Henniga Mankella, znalazłam też u takiego francuskiego pisarza

      Jean-Claude Izzo (jeszcze go nie czytałam, ale gorąco poleca moja mama). Obydwaj pisarze poza wątkiem kryminalnym poświęcają dużo miejsca tłu społecznemu. I tego mi właśnie brakuje u Prochazkovej!
      Jest czeskość bohaterów, to prawda, ta ich specyficzna niespieszność, ale jednak w moim odczuciu tych bohaterów mogłabym wyjąć z tej opowieści i umieścić w Brukseli. I ta opowieść nadal miałaby sens.
      Co do samego czeskiego bohatera – póki co uważam, że za mało przeczytałam czeskich pisarzy żeby się wypowiadać ale już po tych kilku książkach rozumiem co masz na myśli, kiedy mówisz o połączeniu humoru ze smutkiem. Bohater „Grandhotelu” to świetny przykład. Fajtłapa, ale jakże rozczulający, śmieszno – gorzki. Więc ja się zgadzam, że jest ewidentnie czeski bohater w czeskich książkach, ale brak mi co nieco tła społecznego.

      Może faktycznie jest ono gdzieś tam z boku, mniej wyraźne ale jest. Muszę jeszcze więcej poczytać, żeby wyrobić sobie zdanie 🙂

      • Jo Nesbo nie znam i mnie wcale nie ciągnie :). Mankella kupiłam sobie ostatnio tę nie-kryminalną książkę, „Włoskie buty”, bo ktoś mi ją bardzo polecał (tylko kto?). A o Izzo, prawdę mówiąc, słyszę po raz pierwszy. No, ale żaden ze mnie znawca :).
        Za to tło społeczne jest pięknie odmalowane w innej książce Rudisa, „Końcu punku w Helsinkach”. Rudis w ogóle dużo pisze o społeczeństwie, w „Ciszy w Pradze” i w „Alei Narodowej” też jest tego mnóstwo. Akurat „Grandhotel”, który Ci się trafił, jest najmniej „społeczny”, bo się dzieje w tym takim libereckim mikroświecie, ponad chmurami :). Więc jeśli Ci się takie klimaty marzą, to koniecznie kontynuuj przygodę z Rudisem! A od Afery to na przykład Sindelka też dosyć wyraźnie trąca podobne tematy :).

        • „Włoskie buty” super są 🙂 i „Szwedzkie kalosze” i „Mózg Kennediego” i „Comedia infantil” itd 🙂
          Izzo jest w ogóle nieznany w Polsce, ale kupisz w taniej książce albo przez allegro za grosze całą serię składającą się z trzech książek.
          Rudis tylko czeka na półce i prosi o przeczytanie! 🙂 Super, to zacznę sobie od „Ciszy w Pradze” bo jakoś najbardziej mnie zachęca opis.

  • Moje drogi z kryminałem zaś kiedyś się rozeszły i nawet nie wiem kiedy. Swego czasu czytałem ich w miarę sporo, ale od pewnego czasu nie mam zupełnie ochoty ich czytać. Sięgnąłem po lubianego Cobena i niemal zupełnie zobojętniałem na te suspensy.

    • Od Cobena mnie odrzuca po samych opisach 😛 Moim bardzo nieobiektywnym zdaniem warto sięgać po cokolwiek Mankella, również kryminały. A poza tym, to szkoda czasu ;P

      • Anna Kotlińska-Bubała

        Ja tam uwielbiałam Stiega Larssona, oczywiście po żadne pośmiertne kontynuacje już nie sięgnęłam. I jeszcze takiego Duńczyka, Jussiego Adlera Olsena i jego serię o Departamencie Q. A jak wiesz generalnie kryminałów nie czytam wcale (bo nie przepadam).

        • Oj mnie Larsson nie zachwyca w ogóle, ale wiem że może się podobać 🙂 (a te pośmiertne kontynuacje to jakaś żenada, nie sięgaj).
          Duńczyka nie znam, ale Skandynawowie fajni są, więc czemu nie 🙂

      • A co dokładnie Cię odrzuca w tych opisach? A Mankella czytałem i może rzeczywiście kryminał skandynawski byłby optymalną ścieżką powrotu.

        • „Co stało się z ojcem Brendy, który rozpłynął się w powietrzu po wyczyszczeniu konta bankowego? Wspierany przez niezawodnego przyjaciela, Wina, Myron musi dotrzeć do sedna mrocznej tajemnicy, za którą jedni są gotowi umrzeć, a inni – zabić…”
          No nie wiem, jakoś mnie to nie pociąga. Obawiam się, że nie ma tam zbyt wiele poza trupami, mrocznymi tajemnicami i straszliwymi historiami 😛

          • Humor jest, humor. Choć amerykański. Ale tak jak pisałem – mi też jakiś czas temu się przejadły – zwłaszcza te z zacięciem raczej sensacyjnym. Myślę, że z guilty pleasures w podobnym tonie, to już wolę film obejrzeć.

  • O rany, jakie poważne dyskusje ten niepozorny kryminałek sprowokował! 😉
    Ja bym powiedziała, że ta czeskość u Czechów jest taka mimo woli, i to
    jest fajne – nie starają się wpisywać w jakiś swój powszechnie przyjęty
    wizerunek, przeciwnie, raczej od niego uciekają, ale czeskość i tak
    jakoś wychodzi. W sposobie opowiadania, w klimacie, w połączeniu humoru
    ze smutkiem (nikt tego nie potrafi tak jak oni!). Przy czym oczywiście
    nie sprowadzam tu czeskości do tego płytkiego stereotypu Pepika z piwem.
    Na przykład w kryminałach Procházkovej ten Holina, jako
    nie-superbohater, wielbiciel rohlików, jest bardzo czeski (mimo że
    Słowak). W tle może rzeczywiście jest tego trochę mniej (choć jakiś
    współczesny obraz Pragi, zwłaszcza w tej drugiej części, z dzielnicą
    wietnamską itd., się pojawia; poza tym ta astrologia – nie wiem, czy to
    by przeszło w kryminale w jakimś innym kraju ;).
    Co do Hrabala, nie
    mogłabym się nie wypowiedzieć ;). Tutaj jest podobnie – moim zdaniem
    jego bohaterowie nie mogliby się „zrodzić” w zupełnie innym kraju, są
    bardzo zakorzenieni w czeskości, ale w taki właśnie bardzo naturalny,
    nie-wymuszony sposób. A Hrabal nie miał ambicji analizować stosunków
    społecznych, co nie znaczy, że mimochodem mówi swoimi historiami bardzo
    ważne rzeczy o czeskim społeczeństwie i czeskiej historii. I może tak to
    właśnie u tych Czechów jest – nie ma tych wątków na pierwszy rzut oka,
    ale jednak pod powierzchnią są (choć oczywiście nie u wszystkich, czasem
    kwestie społeczne wychodzą na pierwszy plan, zdarzają się i tu ostre
    krytyki).
    Wracając do Procházkovej, bardzo żałuję, że nigdzie po
    polsku nie da się (bo chyba się nie da?) obejrzeć tego serialu, który
    opowiada losy bohaterów kryminałów Procházkovej, „Vraždy v kruhu”.
    Czeskości i praskości, przynajmniej jest tam mnóstwo. Takie piękne
    zdjęcia! Takie cudowne widoczki Pragi! Choćby dla nich polecam choćby
    rzucić okiem na kilka odcinków ;).
    Za to jeśli chodzi o kryminały,
    jeszcze taka refleksja. Mnie też nigdy nie było z nimi po drodze, bo
    wydawało mi się, że to taka czysta rozrywka, a ja jednak szukam w
    książkach czegoś więcej, ale! Właśnie wczoraj, na kursie, pan prowadzący
    czytał fragment autorstwa Raymonda Chandlera na temat tego, że dobry
    kryminał nie może się skupiać tylko na intrydze, że musi właśnie kreślić
    bogate tło społeczne, musi mówić coś o świecie, i szalenie mi się ta
    myśl spodobała. I pomyślałam sobie, że może po prostu na takie naprawdę
    dobre kryminały nie trafiałam? Może trzeba jeszcze poszukać? Może trzeba
    poczytać Chandlera? 😉

  • O rany, jakie poważne dyskusje ten niepozorny kryminałek sprowokował! 😉 Ja bym powiedziała, że ta czeskość u Czechów jest taka mimo woli, i to jest fajne – nie starają się wpisywać w jakiś swój powszechnie przyjęty wizerunek, przeciwnie, raczej od niego uciekają, ale czeskość i tak jakoś wychodzi. W sposobie opowiadania, w klimacie, w połączeniu humoru ze smutkiem (nikt tego nie potrafi tak jak oni!). Przy czym oczywiście nie sprowadzam tu czeskości do tego płytkiego stereotypu Pepika z piwem. Na przykład w kryminałach Procházkovej ten Holina, jako nie-superbohater, wielbiciel rohlików, jest bardzo czeski (mimo że Słowak). W tle może rzeczywiście jest tego trochę mniej (choć jakiś współczesny obraz Pragi, zwłaszcza w tej drugiej części, z dzielnicą wietnamską itd., się pojawia; poza tym ta astrologia – nie wiem, czy to by przeszło w kryminale w jakimś innym kraju ;).
    Co do Hrabala, nie mogłabym się nie wypowiedzieć ;). Tutaj jest podobnie – moim zdaniem jego bohaterowie nie mogliby się „zrodzić” w zupełnie innym kraju, są bardzo zakorzenieni w czeskości, ale w taki właśnie bardzo naturalny, nie-wymuszony sposób. A Hrabal nie miał ambicji analizować stosunków społecznych, co nie znaczy, że mimochodem mówi swoimi historiami bardzo ważne rzeczy o czeskim społeczeństwie i czeskiej historii. I może tak to właśnie u tych Czechów jest – nie ma tych wątków na pierwszy rzut oka, ale jednak pod powierzchnią są (choć oczywiście nie u wszystkich, czasem kwestie społeczne wychodzą na pierwszy plan, zdarzają się i tu ostre krytyki).
    Wracając do Procházkovej, bardzo żałuję, że nigdzie po polsku nie da się (bo chyba się nie da?) obejrzeć tego serialu, który opowiada losy bohaterów kryminałów Procházkovej, „Vraždy v kruhu”. Czeskości i praskości, przynajmniej jest tam mnóstwo. Takie piękne zdjęcia! Takie cudowne widoczki Pragi! Choćby dla nich polecam choćby rzucić okiem na kilka odcinków ;).
    Za to jeśli chodzi o kryminały, jeszcze taka refleksja. Mnie też nigdy nie było z nimi po drodze, bo wydawało mi się, że to taka czysta rozrywka, a ja jednak szukam w książkach czegoś więcej, ale! Właśnie wczoraj, na kursie, pan prowadzący czytał fragment autorstwa Raymonda Chandlera na temat tego, że dobry kryminał nie może się skupiać tylko na intrydze, że musi właśnie kreślić bogate tło społeczne, musi mówić coś o świecie, i szalenie mi się ta myśl spodobała. I pomyślałam sobie, że może po prostu na takie naprawdę dobre kryminały nie trafiałam? Może trzeba jeszcze poszukać? Może trzeba poczytać Chandlera? 😉