Grandhotel – Jaroslav Rudiš

Udało mi się. Mówię to, żeby od początku wszystko było jasne. Żebyście nie musieli się o mnie bać. Ja się nie boję. Unoszę się, na wyciągnięcie ręki mam chmury. Niebo. Sny. Nieskończoność. No i w końcu też samego siebie.

Opowieść Fleischmana jest tak delikatna i krucha, że boję się cokolwiek o niej pisać, żeby jej nie zniszczyć.

Myślę sobie, że nigdy nie zwracałam na nie większej uwagi. Nie analizowałam ich kształtów, ani ruchu po niebie, nie doszukiwałam się podobieństwa do znajomych przedmiotów. O ile gwiazdom zdarzało mi się poświęcać nieco ze swoich myśli, o tyle im – nigdy. Chmury. Te ulotne twory, zwiastuny zmieniającej się pogody, wielkie skupiska maleńkich kropelek wody. On natomiast nie ma w życiu nic ważniejszego ponad nimi. Dla Fleischmana chmury, pogoda, stanowią jednocześnie pytanie i odpowiedź na wszystko. Stoi więc przede mną i przedstawia mi się jako Chmuromir.

Bohater Grandhotelu to jeden z tych czujących i widzących więcej, których społeczeństwo traktuje jak głupców. Krytycy nazwali go czeskim Forrestem Gumpem, z czym ja jednak nie do końca się zgadzam. Owszem, łączy ich naiwność i pewna romantyczna wizja świata, jednak z pewnością nie poziom intelektualny (na niekorzyść Forresta).
Fleischman mieszka w Grandhotelu na szczycie góry Ještěd w czeskim mieście Liberec. Pracuje u swojego kuzyna, który został w niejasnych okolicznościach właścicielem nieruchomości i zajmuje się tam wszystkim po trochu. W życiu osiągnął zasadniczo tyle co nic. Osią jego istnienia pozostaje pogoda, jako jedyna rzecz, którą jest w stanie monitorować, i która, jak mi się zdaje, daje mu poczucie pewnej stabilności. Przy całej swej zmienności stanowi dla mężczyzny punkt oparcia.
Nigdy, pomimo wielu prób, nie wyjechał choćby metr poza granice swojego rodzinnego miasta i zdawać by się mogło, że nie ma nikogo bliskiego, boi się relacji, a i inni ludzie, jako że uważają go za dziwaka, idiotę, nie garną się do przyjaźni z nim. Jednocześnie Fleischman to postać bardzo świadoma siebie, swoich ograniczeń i możliwości. Zdecydowanie nie jest idiotą, nawet jeśli za niego uchodzi.

A ja mimowolnie  myślałem o tym, czy też kiedyś będę miał swoje muzeum, które będzie mi przypominać wspaniałe i smutne chwile mojego życia, i co w nim będzie. I nie przyszło mi do głowy nic innego niż to, że to będzie muzeum chmur, które przetaczają się nad naszym miastem. Cumulonimbus. Nimbostratus. Cirrostratus. Altocumulus. Stratocumulus. Że to będzie muzeum chmur oraz zimnych i ciepłych frontów. I między tym wszystkim gdzieś będę ja. Chmuromir. 

Smutna postać powiecie. No właśnie smutna i niesmutna, ponieważ Grandhotel jest cierpko – słodki. I żeby Was chmury nie zmyliły, to nie jest opowieść o pogodzie. W zasadzie jak się dobrze przyjrzeć, to znajdziemy w tej historii wszystko to, co się liczy: przyjaźń i przeraźliwą samotność, miłość i strach przed bliskością, własne ograniczenia i ich mozolne przekraczanie. Również postaci drugoplanowe książki dostarczają nam ciekawych historii, chwilami przerysowanych i komicznych, ale przede wszystkich cholernie prawdziwych. Każdy jest po coś, nikt nie jest w Grandhotelu przypadkowym gościem.
Kończymy natomiast lekturę, przynajmniej w moim przypadku, z melancholijnym uśmiechem na ustach i z jakimś bliżej nieokreślonym uczuciem ciepła.

Przy tych wszystkich wątkach emocjonalnych, Jaroslav Rudiš dotyka także tematów społeczno-politycznych, takich jak wypędzenie Niemców Sudeckich po II wojnie światowej, z czym Czesi po dziś dzień mają problem i pozostaje to kwestią tabu. Opisuje również rzeczywistość współczesną, w której nie wszyscy potrafią się odnaleźć. Nawiązuje do niemieckiej przeszłości miasta, którą usunięto z myśli mieszkańców i nazw ulic, wraz z obywatelami niemieckiego pochodzenia.

Opowieść Fleischmana jest pełna zatrzymań, jakby ktoś na moment wziął w palce wskazówki zegara i wstrzymał ich ruch. Na kilka, kilkanaście sekund. Włosy matki unoszone na wietrze, drobinki kurzu w powietrzu. Jaroslav Rudiš stworzył poezję prozą. Narracja jest lekka, anegdotyczna, przesycona czułością.

A ja się z nikim nie biłem. Jeśli już, to tylko z samym sobą. I może dlatego biłem się tak mocno. To tak na marginesie.

Gdybym na Parapecie przyznawała książkom punkty to Grandhotel dostałby maksymalną notę, ale że tego nie robię, to powiem tak: dla mnie to książka wyjątkowa i już mam ochotę czytać ją ponownie. Zdaję sobie jednak sprawę, że to proza nie dla wszystkich. Nie znajdziecie w niej wartkiej akcji, punktu kulminacyjnego w powszechnym tego sformułowania znaczeniu, ani rozbudowanych scen. To książka dla tych, którzy docenią wagę scen małych, oszczędnej scenografii, dwuznacznych słów. W moim przeżyciu, w tej książce dzieje się mnóstwo.

Udało mi się.
Życie daje człowiekowi tylko dwie drogi. Jedna prowadzi do góry. Druga też prowadzi do góry. Ale naokoło, przez dno. Przez waszą własną nieskończoność. Problem w tym, że nigdy nie wiadomo, na której drodze się człowiek właśnie znajduje.
Udało mi się.*

A.

Jaroslav Rudiš, Grandhotel, tłum. Katarzyna Dudzic, Książkowe Klimaty, Wrocław 2013

*wszystkie cytaty pochodzą z omawianej książki


  • Malgorzata Wower

    Dziękuję Ci za tę recenzję. Dzięki Tobie przeczytałam kolejną, świetną książkę 🙂

    • @malgorzatawower:disqus czyli Fleishman podbił kolejne serce. <3 Jak się cieszę! 🙂

  • Mea Culpa/ Z książką do łóżka

    Chyba mogłabym chłonąć Twoje słowa jak gąbka 🙂 Pięknie piszesz o książkach. Świetnie manewrujesz słowem.

    Książka mnie przyciąga. Lubię takie nietypowe książki o wszystkim… i o niczym jednocześnie.

    • Dziękuję, to strasznie miłe co piszesz <3. Ostatnie dwa tygodnie mam totalny zastój twórczy (co oczywiście widać na blogu, bo cisza), ale bardzo dziś się postaram napisać o "Odgłosach rosnących bananów" 🙂

      Koniecznie przeczytaj, "Grandhotel" właśnie taki jest 🙂

  • Ja lubię przyglądać się chmurom. Teraz mam ku temu sprzyjające warunki (11 piętro w pracy, okna dachowe w domu), ale to coś, co robię od dawna. Widzę zwłaszcza dużo smoków. Sama recenzja bardzo zachęcająca, zwłaszcza fragment o pisaniu poezji prozą. Myślę, że spodoba Ci się pewien fragment „Pięciu razy o przekładzie”, bo jest w podobnym tonie.

    Wiem, że mocno naciągam, ale Fleischman nie ma zapewne nic wspólnego z Fleischmanem z „Przystanku Alaska”?

    • Widzisz, to dogadałbyś się z bohaterem Grandhotelu 🙂
      Cieszę się, że recenzja zachęca, bo to fantastyczna książka i myślę, że więcej osób powinno uczyć się wrażliwości od Rudisa.

      Nie! Ale powiem Ci, że ja przez pierwsze strony nie mogłam pozbyć się myśli o doktorze z… jak się nazywała ta miejscowość.. A! z Cicely. Panowie nie mają ze sobą nic wspólnego, no może poza odrobiną chmur w głowie 😉

      • Zapewne widziałaś Rewers od BookRage – już tylko 9 pakietów pozostało i już niedługo może będę czytał Rudisa „Ciszę w Pradze”. No i pozostałe 5 książek.

        • Widziałam, widziałam :). Nie kupiłam tylko dlatego, że mam ponad połowę ze sprzedawanych akurat w tym pakiecie książek. Kup koniecznie, same smakołyki tam są 🙂

  • Czeska literatura jest mi obca:-( aczkolwiek, skoro tak wysoko punktujesz, nie punktując wcale, to musi być warta uwagi:-)

    • Kasiu, ja też dopiero rozkręcam się, jeśli chodzi o prozę czeską. Jednak coraz dalsza jestem od stereotypu o czeskim humorze. Znajduję w nich jednak dużo wrażliwości i umiejętności spojrzenia wgłąb. Następną moją czeską lekturą będzie „Przyczynek do historii radości” Radki Denemarkovej. 🙂
      A „Grandhotel” jest wspaniały, lektura obowiązkowa.

  • Joanna Hilińska

    Brzmi bardzo zachęcająco! Do sprawdzenia 🙂

  • Napiszę tylko tyle: brzmi cudownie <3

  • Ależ ładnie napisałaś o tej książce! O tej poezji prozą i lekkiej, anegdotycznej, przesyconej czułością narracji. Czuć w tych Twoich słowach taką samą lekkość i czułość względem prozy Rudiša, i to jest super. Zbožňuju :).
    A, i coś mi się wydaje, że to spotkanie z Denemarkovą Ci się odrobinę przydało przy pisaniu tego tekstu :). Super! Pozostałe książki Rudiša idą właśnie w kierunku tych cięższych tematów, i choć nadal jest w nich pewna podniebna lekkość narracji, to jednak tematyka bardzo już ciąży ku ziemi. Sporo krytyki wobec swoich rodaków, sporo rozczarowania i złowrogich przepowiedni. Wszystkie jednak bardzo polecam, bo to chyba mój ulubiony współczesny czeski pisarz.

    • Ojej, dziękuję. Jakoś bardzo opornie mi szedł ten wpis, więc cieszę się, że nie czuć tego przy czytaniu :).
      Spotkanie z Denemarkovą to w ogóle za mną chodzi i z pewnością myślałam sobie o jej słowach przy wczorajszym pisaniu. Btw. „Przyczynek…” już do mnie jedzie <3.
      Do kolejnych książek Rudiša z pewnością sięgnę, bo jestem oczarowana.

      A dziś wieczór z Martinem Pollackiem!