Jak pierwszy raz pojechałam na Conrad Festival.

 

Krakowski festiwal literacki Conrad Festival 2016, nie zaczął się dla mnie pomyślnie – rozchorowałam się dzień przed wyjazdem i zapomniałam aparatu fotograficznego – ani też nie zakończył – spóźniłam się 25 minut na najbardziej wyczekiwane przeze mnie (i ostatecznie najlepsze) spotkanie z izraelskimi pisarzami. Mimo to warto było pojechać choćby po to aby zobaczyć, że organizacja tego wydarzenia jest fantastyczna i atmosfera ogromnie inspirująca.

Dla tych, którzy jeszcze nigdy nie byli na tym festiwalu i zastanawiają się czy warto, odpowiadam – warto. To nie tylko spotkania z polskimi i zagranicznymi autorami, ale też pokazy filmów, wydarzenia dla dzieci, wystawy i dyskusje. Książkowi zapaleńcy mogli spędzić długie godziny wieczorne na rozmowach o literaturze, codzinnie o 22:00 odbywały się spotkania z pisarzami nominowanymi do Nagrody Conrada. Bardzo ciekawym pasmem był przemysł książki. W jego ramach odbyły się cztery debaty dotyczące księgarzy, krytyków literackich, redaktorów i wydawców. Mnie udało się być na spotkaniu które najardziej mnie ciekawiło – o krytyce w literaturze. Byłam na pięciu spotkaniach, lecz napisałam tutaj o dwóch, które zrobiły na mnie największe wrażenie. 

„Głos krytyka to głos wolny, wolność ubezpieczający” 

W dyskusji na temat miejsca krytyki literackiej we współczesnym świecie wzięli udział Inga Iwasiów i Dariusz Nowacki, a poprowadził je Marcin Wilk. Spotkanie było tak intensywne, pojawiło się tyle ważnych i interesujących treści, że streścić je niepodobna (ale spróbuję).
Rozpoczęliśmy i zakończyliśmy smutnym stwierdzeniem, że prawdziwa krytyka literacka liczy się coraz mniej, że z gazet (GW) znikają cyklicze rybryki literackie, a wydawnictwa wolą zlecać recenzje amatorom (hej hej, to my, blogerzy!), którzy, według uczestników debaty, nie odnoszą się do dzieł krytycznie, a jedynie piszą kolejne pochwały nad niezliczonymi wątpliwymi arcydziełami. Co gorsza, pojawiły się głosy z sali, jakoby blogosfera była coraz częściej objęta niepisanymi „umowami” z wydawcami na pisanie jedynie pozytywnych opinii o otrzymywanych pozycjach (w zamian za różnorakie korzyści). Dariusz Nowacki ubolewał nad jakością tekstów pojawiających się w sieci, nazywając je wprost grafomaństwem, brakiem kompetencji i myleniem fabuły z narracją.

zdjęcie pochodzi ze strony www.facebook.com/ConradFestival

Kluczową kwestią spotkania było stwierdzenie, że krytyka literacka przestaje istnieć, ponieważ w Polsce staliśmy się przeczuleni na punkcie „hejtów”, a więc znika ocenianie, hierarchizowanie, wstydzimy się wydawania sądów, bo stało się to niepoprawne społecznie. Żyjemy w oparciu o figurę uznania, mamy wiele twarzy, mamy prawo pokazać je wszystkie i za żadną z nich nikt nie powinien nas krytykować

Goście podsumowali to, co faktycznie ma wpływ na sprzedaż nowości wydawniczych, a mianowicie: telewizja śniadaniowa, nagrody literackie i infrastruktura wydawniczo-promocyjna (gęba na dworcu centralnym), krytyk natomiast odgrywa w tym procederze trzecio-, czwartorzędną rolę. 

Choć, siedząc na spotkaniu myślałam o tych blogerach, którzy przecież piszą ciekawie, mertorycznie i bardzo ich cenię, to jednak biorąc pod uwagę ogół – trudno się z gośćmi Marcina Wilka nie zgodzić w wielu kwestiach. W Polsce rzeczywiście wychodzi się z założenia, że nie ważne co, byle cokolwiek czytać, często traktuje się literaturę jak niepełnosprawne dziecko bez rąk i nóg, jakakolwiek faktyczna krytyka dzieła spotyka się z oburzeniem (bo jakże to tak niepełnosprawne dziecko jeszcze kopać). Prawdą jest, że spotkania autorskie wyglądają u nas jak spotkania promocyjne, a więc jedynie wychwalające i wynoszące gościa na piedestał. Dariusz Nowak wspominał wydarzenia, na których zarzucano osobie prowadzącej, że zadaje autorowi zbyt trudne pytania, „czepia się”.

To, z czym również nie mogę się nie zgodzić (choć nie uważam, że to jest problem jedynie na naszym podwórku) to gruuuube nadużywanie określeń „arcydzieło”, „genialny”, „pierwsza taka powieść” itp. itd. Bo to kłamstwa – na 100 książek może 10 zasługuje na miano ważnych i ostatecznie nie ma co powiedzieć o tych pozostałych 90, bo wszystko jest „hejtem”. Co racja, to racja. 

Podczas spotkania po raz kolejny przewinął się wątek dotyczący krótkiego treminu ważności książki (książka miesiąc po wypuszczeniu na rynek jest już „stara”), a więc presji szybkiego czytania, bezrefksyjnego i taśmowego pisania recenzji. Jest to tzw. krytyka towarzysząca, która z perspektywy wydawców liczy się najbardziej.

Dowiedziałam się też, ile zarabia krytyk literacki (mało), jak wydawnicwa subtelnie (lub nieco mniej) wymuszają od pisarzy i krytyków blurby na okładki*, czym jest crowdsourcing, dlaczego Inga Iwasiów nie znosi gwiazdek na Lubimy Czytać i w jaki sposób promocja czytelnictwa zabija krytykę literacką**. 

Na osłodę – goście polecili dwa miejsca w sieci, gdzie pisze się wartościowe teksty o literaturze: Dwutygodnik i Artpapier. Jeśli nie znacie – warto zajrzeć :).

A co wy o tym myślicie? Temat jest faktycznie bardzo kontrowersyjny, myślę że można na zachodzące zmiany, choćby przenoszenia się krytyki literackiej do internetu, spojrzeć z różnych perspektyw. Podobnie jest ze zjawiskami w książkowej blogosferze, którą ja, jakby nie było, tak bardzo lubię! (P. się śmieje że urządzamy sobie kółeczka wzajemnej adoracji, a ja mu na to, że i bardzo dobrze, kto nas pogłasze jak nie my siebie nawzajem ;)).

*Proszę napisać „Polecam serdecznie”, a ja zrobię przelew.

**Dlaczego? Otóż zdaniem Iwasiów i Nowackiego filozofia promocji czytelnictwa jest taka, że nie ważne co człowiek czyta, byle czytał. Każda książka jest zatem świętem, festynem. Nie ma tam miejsca na krytyczną ocenę. 

Spotkanie z Richardem Flanaganem

 

Izrael to literatura. Spotkanie z Eshkol Nevo, Yishai Sarid i Zeruya Shalev (prowadzenie Agnieszka Podpora)

Na tym spotkaniu było aż trzech gości z Izraela, chociaż każdy z nich miał tyle ciekawych rzeczy do opowiedzenia, że wypełniłby w pojedynkę półtorej godziny.

zdjęcie ze strony www.facebook.com/ConradFestival

Zeruya uchodzi za najczęściej tłumaczoną pisarkę izraelską, jest autorką m.in. wspaniałej powieści Mąż i żona, o której pisałam niedawno (klik!), a kilka tygodni temu wyszła jej najnowsza książą Ból. To czego nie wiedziałam o autorce to to, że pisze od dziecka i pisze również poezję. Trudno się zatem dziwić, że jej proza jest tak pełna metafor i wieloznaczności, przesiąknięta emocjami. Dowiedziałam się, że pisze przez długi czas bez świadomości o czym będzie książka, że najtruniej jest jej rozpoczynać nową opowieść i że tym co ją niesie, są anioły inspiracji – pewna energia która sprawia, że pisze zdania których, jak twierdzi, sama nigdy by nie wymyśliła. Zeruya mówiła o tym, że wychowała się na opowiadanych przez ojca opowieściach biblijnych i sama później podjęła studia związane z Biblią. Ojciec nauczył ją, że Biblia i język hebrajski są dostępne dla wszystkich, nie tylko dla wierzących. Pięknie mówiła też o tym, jak postaci biblije pokazują nam, że wszystko na świecie już się wydarzyło, i że jest to pocieszająca świadomość.

Eshkol Nevo to autor powieści i książek dla dzieci, w Polsce ukazały się trzy jego książki – Do następnych mistrzostw, Neuland Samotne miłości. Autor opowiadał o tym, że każda jego książka rozpoczyna się od pytania, dlaczego neuland to swoisty izraelski Czas apokalipsy, że najtrudniejszą częścią pracy nad powieścią jest zakończenie (do Samotnych miłości wymyślał je kilka miesięcy), oraz że w pisaniu trudne jest dla niego osamotnienie. Eshkol powiedział także jakie pytanie postawił sobie pisząc najnowsza powieść, a mianowicie: W jaki sposób podróż dwójki ludzi, która zaczyna się od potrzeby spędzenia ze sobą czasu, przeradza się w tragedię. Dynamika urlopu, o tym będzie następna jego książka :).

Yishai Sarid to pisarz, z którym wcześniej się nie spotkałam i już wiem, że czas to zmienić, choć do tej pory na polski przetłumaczono tylko jedną jego książę – Limassol. Autor mówi głośno o tym, że jest byłym oficerem wywiadu i właśnie bezimienny funkcnonariusz służb bezpieczeństwa Izraela jest głównym bogaterem wspomnianej powieści – postać tą w pewnym stopniu wzorował na sobie. Na spotkaniu mówił o tym, że pisanie to dla niego rodzaj psychoterapii, na którą nigdy nie poszedł. Pisząc znajduje ramy dla odpowiedzi na pytania, które sobie zadaje. Pisze o sprawach politycznych, społecznych, postaciach uwikłanych w świat pełen odcieni szarości, nigdy czarno-biały. Yishai na pytanie o to, jak buduje swoje postaci odpowiedział żartobliwie (a może wcale nie ;)), że osoby z życia realnego to ci negatywni bohaterowie jego książek. 

Goście spotkania podzielili się także z nami swoimi rekomendacjami książkowo/filmowo/muzycznymi. Nie obyło się bez Oza, Singera i wspomnień o dziadkach uciekających z Polski przed wojną. Było prawdziwie i wzruszająco. 

*Tutaj brawa dla dwóch tłumaczek spotkania – tłumaczenie było symultaniczne, z hebrajskiego, a więc dostaliśmy słuchawki. Panie tłumaczyły wszystko na bieżąco, bez zająknień, ładną polszczyzną – przyjemnie było słuchać.

Poza tym

Poza tym byłam na spotkaniu z Arturem Domosławskim, który niestety (już po raz drugi) mnie uśpił, chyba lepiej mu wychodzi pisanie niż mówienie. Do zagożałych fanów tego autora generalnie nie należę, choć tematy które porusza są niezaprzeczalnie bardzo ważne, zwłaszcza w Wykluczonych. 

Poza tym posłuchałam także Richarda Flanagana i Michała Nogasia. Rozmowa była dość ciekawa, ale jak to się mówi, ani ciepła ani zimna, choć przecież mogła być bardzo poruszająca. Momentem w rozmowie, który zapamiętałam była opowieść pisarza, kiedy to pojechał do Tokio spotkać się z jednym z byłych strażników nadzorującym budowę Kolei Śmierci i kazał mu się uderzyć w twarz w taki sposób, jak ten kiedyś bił więźniów. Równocześnie z uderzeniem przez Tokio przetoczyła się fala trzęsienia ziemi. Nieprawdopodobny zbieg wydarzeń.

Poza tym  Żanna Słoniowska otrzymała Nagrodę Conrada za Dom z witrażem. I super, na nią właśnie głosowałam. 

Czego żałuję?

Żałuję, że spotkanie z Samar Yazbeck, które miało być najważniejszym punktem piątku, było tak potwornie irytujące. Czas od zadania przez prowadzącą pytania po polsku, przetłumaczenia go przez tłumacza na arabski, udzielenia odpowiedzi przez Samar po arabsku i w końcu przetłumaczeniu w chyba dość telegraficznym skrócie przez tłumacza na język polski trwał w nieskończoność. Tłumaczenie symultaniczne wydaje mi się w takich sytuacjach jedynym sensowym rozwiązaniem. 

Żałuję, że nie udało mi się dotrzeć na spotkanie z rodzinną historią tłumaczy Bułhakowa.

Żałuję też, że nie dotarłam chociaż na chwilę na Krakowskie Targi Książki, niestety jak się jest chorym to nie można być wszędzie. Plus jest taki, że nie kupiłam żadnych nowych słów na kartce do i tak zbyt ciężkiej walizki ;).

Bonusy

Wartością dodaną do mojej wizty w Krakowie było spotkanie dwóch czytanych przeze mnie blogerek – Natalii z Kroniki Kota Nakręcacza i Ani z Literackich Skarbów. Strasznie miło zamienić parę słów z kimś, kogo się zna tylko z portali społecznościowych i teksów na blogach 🙂

Ponadto poznałam świetną księgarnię – De Revolutionibus na ul. Brackiej 14. Jesli będziecie na Rynku w Krakowie poszukiwali miejsca gdzie w spokoju wypijecie kawę/herbatę, zjecie ciacho i kupicie wartościową książkę – to tam. Byłam pod wrażeniem asortymentu w ksiegarni, widać że dba się tam o sprzedaż dobrej literatury, promowanie małych wydawnictw (m.in. kochane Książkowe Klimaty czy Czuły Barbarzyńca), plus fantastyczy wybór jeśli chodzi o literaturę faktu.

zdjęcie pochodzi ze strony www.derevolutionibus.com.pl

I to tyle – mam nadzieję że w przyszłym roku widzimy się na Conradzie 🙂

A.