Co robię, kiedy nie piszę tekstów na bloga.

 

maj.

czerwiec.

wycięło mnie na dwa miesiące. chcąc tyle rzeczy zrobić na raz, ostatecznie nie zrobiłam niemal niczego. zaczęło się od remontu, który trwał jakoś dłużej niż zamierzaliśmy, malowanie, przenoszenie, ikea, leroy merlin, układanie, składanie, ikea, malowanie znów. krzesła jeszcze są u tapicera, bo nam się wymyśliło, że będziemy mieli retro siedzenia pod sobą.

jak pewnie niektórzy wiedzą, jestem psychologiem i otaczam opieką pacjentów na oddziale psychiatrycznym, ale po drodze tych dwóch miesięcy znalazłam drugą pracę i sprzedaję książki. romantyzm jednak zwiał przez otwór wentylacyjny już drugiego dnia, ponieważ wyszło na to, że obrót literaturą zdominowany jest przez wskaźniki, konwersję, średnie, i takietam. do tego okazałam się księgarzem polecającym książki smutne i melancholijne, pisarzy o nieznanych nazwiskach i depresyjne reportaże o tym, że świat jednak nie kołysze. do kompletu zupełnie nie znam się na literaturze młodzieżowej, w zasadzie nie czytuję fantastyki i często nie rozumiem o co chodzi w książkach o miłości.
świetna za to jestem w układaniu i porządkowaniu, więc chociaż tyle ze mnie.

co do tego jeszcze, czym zajmowałam się kiedy mnie tu nie było, to intensywnie uczyłam się jak być lepszym lustrem i pudełkiem na smutki dla tych, którzy mnie potrzebują. tekst ten zaczęłam pisać w pociągu relacji Kielce – Warszawa, wracając z dwutygodniowego kursu psychoterapii, którym oficjalnie zakończyłam pierwszy z czterech lat (roków?!) edukacji w tym temacie. napisałam egzamin i zadeklarowałam chęć dalszej nauki w krakowskiej szkole terapeutycznej. dwanaście dni analizowania, rozmyślania, reflektowania, przeżywania, rozumienia, i to wszystko na totalnym odludziu pod Kielcami.
naprawdę wyczerpujące. 

przez ten czas kiedy mnie tu nie było więcej książek kupiłam niż przeczytałam, co chyba jest generalnie normą niż odstępstwem od niej, obejrzałam nowy sezon gry o tron, zdobyłam trzy upatrzone wcześniej książki kucharskie, z których jeszcze nic nie ugotowałam, zaczęłam robić lody domowej roboty, kupiłam dwie płyty z muzyką żydowską, winyla Johnnego Casha i wzbogaciłam się w nowe roślinki na parapecie. 

IMG_20160530_110130 (1)

patrząc na to co napisałam, zorientowałam się, że zignorowałam obowiązek rozpoczynania zdań od wielkiej litery. chyba się za dużo naczytałam na noc starych tekstów z kagańca oświaty. mazdanewicz, nie dość że wywołuje stan hipnotycznej fascynacji słowami, zazdrość o brak takich zdolności, to jeszcze zaszczepia coś z siebie w czytelniku, w tym przypadku niechęć do wielkich słów i liter. to chyba dobrze, tak zostawić coś z siebie w kimś. mi przynajmniej dobrze jest z tym kawałkiem mazdanewicz w swojej głowie. poczucie mnie męczy, że ta moja i jej głowa jakoś do siebie w pewnym sensie podobne 🙂

wystarczy o mnie, wracamy do pisania o książkach. na dniach napiszę zbiorczo o tym, co czytałam kiedy mnie tu nie było, a potem w końcu wrzucę już mocno przeterminowaną fotorelację z Big Book Festiwalu. poza tym, od dwóch miesięcy noszę w sobie fan-ta-sty-czny pomysł na nowy cykl na blogu i teraz w lipcu muszę go już zrealizować, bo mi się, jak mówi moja babcia, kołtun wywinie.

no chyba, że kiedyś będziecie chcieli jeszcze o mnie posłuchać, ja tak naprawdę to uwielbiam mówić o sobie, choć na codzień muszę być lustrem i pudełkiem na smutki w jednym

przy okazji, polecam wam parapetowego facebooka, tam od dziś poranki z Bohaterem. nikt tak jak on nie konteneruje moich własnych lęków i nie mówi że

najgorzej jak się komuś myli to co czuje
z tym co myśli że czuje

A.