Być blogerem i nie zwariować

No dobra, nie wiedziałam, że to będzie zajmowało tyle czasu.
Nie spodziewałam się, że pisanie recenzji pochłonie mi za każdym razem co najmniej 4 godziny, że jako początkujący bloger powinnam tych treści publikować dużo, dużo więcej niż mi się to faktycznie udaje, że aby pozyskiwać czytelników na mediach społecznościowych muszę pamiętać o byciu aktywną tam niemal codziennie.

Ale przede wszystkim, nie sądziłam, że muszę czytać tak szybko.


Zakładając bloga o książkach, chciałam po prostu uzyskać miejsce, gdzie będę mogła dzielić się swoimi refleksjami o przeczytanych tytułach. Nie zastanawiałam się, kto będzie to czytał, ani jak będę dbała o promocję. To przyszło po chwili. Powoli zagłębiając się w blogosferę zobaczyłam, że blog książkowy to zdecydowanie nie tylko recenzje, a profile na Facebooku i Instagramie są z blogiem ściśle połączone i jeśli chcę, żeby na stronę zaglądał ktoś poza moim chłopakiem i rodzicami, muszę to wszystko zsynchronizować. 

Szybko zaczęłam odczuwać pewnego rodzaju presję. Była ona spowodowana ogólną tendencją w blogosferze do pisania niemal wyłącznie o świeżynkach i to dwa dni po premierze tytułu (albo i przed premierą). Zorientowałam się, że jeśli chcę współpracować z dużymi wydawnictwami to takie właśnie będą ich oczekiwania – jak najszybsza recenzja, póki książka jeszcze ciepła stoi na półce Nowości w księgarniach. Poczułam się całkowicie przytłoczona tempem w jakim ludzie czytają i piszą o kolejnych tytułach. Ja czytałam jeszcze ten z 3 lipca, a wszyscy w około już o nim napisali i przeczytali dwa kolejne. Ostatecznie więc o danej książce nie pisałam wcale, bo jaki tego sens, skoro wszyscy którzy byli jej ciekawi przeczytali recenzje u kogoś innego. Oczywiście, że takie myślenie jest zupełnie skrzywione, bo po pierwsze nie wszyscy napisali, po drugie przecież sama wchodzę na lubiane blogi nie tylko po to żeby poczytać o nowościach. 

Doskonale wiedziałam, że ja nie czytam szybko, a już na pewno szybko nie piszę. Moje pisanie o książce to długi proces. Siadam, herbata, facebook, wstaję, siadam, odpiszę na maile, kolacja. I w międzyczasie tworzy się tekst. To trwa. Nie można w taki sposób płodzić 3 recenzji tygodniowo bo musiałabym tylko pracować i prowadzić bloga. A mam jeszcze życie prywatne, sport, gotowanie. Myśląc o blogu, miałam poczucie, że jego prowadzenie nie ma sensu bo i tak się nie wybiję na poziom tych prawdziwie zaangażowanych blogerów i szybkoczytaczy.

Na szczęście to minęło. To znaczy blogosfera nadal pędzi (oczywiście nie cała, znalazłam sobie kilka takich miejsc, gdzie nikt się nie spieszy z nowościami, wraca do starych tytułów i generalnie czyta po swojemu), ale ja wyluzowałam. Bo wiem, że to w mojej głowie tkwił problem. Nadal czytam powoli i tak samo piszę. Stopniowo tworzę sobie wygodne miejsce w Internecie i zaczynam czuć się tu dobrze. Odnajduję swoją niszę, wydawnictwa które proponują wspaniałe tytuły spoza głównego nurtu i z nimi zaczynam współpracę.
Mam coraz więcej przyjemności z prowadzenia bloga. Coraz częściej tutaj udzielacie się Wy, coraz częściej coś wpada na parapetową skrzynkę mailową, ktoś proponuje mi książki. Oczywiście to powoduje swego rodzaju nową presję: żeby podołać, żeby utrzymać tą aktywność, żeby napisać coś ciekawego o książkach, które wydawnictwo mi podarowało, żeby na bieżąco odpisywać na wszystkie komentarze… No tak, ale to już jest inna historia.

Nie muszę gonić, mogę robić to po swojemu.

A.

 

 


  • Mam tak samo, boję się, że nie wyrobię się z recenzją. Właśnie dzisiaj opublikowałam jedną dotyczącą książki, którą wszyscy zachwycali się pół roku temu. I w sumie… nic się nie stało! Bo jeśli ktoś nie miał czasu zapoznać się z tą pozycją wcześniej, może zajrzy do mnie i dowie się czegoś innego, czegoś, czego jeszcze nie wykrzyczano w blogosferze 50 razy. 🙂

    • Dokładnie tak 🙂 Poza tym, zakładam że ktoś lubi tu wpadać, bo lubi mnie poczytać, więc w sumie czy to nowość, czy starość – to nic 😀

  • Bardzo się cieszę z odkrycia Parapetu i zapraszam częściej 🙂 Nie ma co się wysilać na wyścigi, ostatecznie jak widzę, nie to się liczy 🙂

  • Podpisuję się rękami i nogami 🙂 Gdy jakaś presja chce mi wejść do głowy, głęboko oddycham i idę się wyluzować. Bo wiem, że są tak samo czytelnicy, którzy nie lubią czuć się pod presją, że „jeszcze” czegoś nie przeczytali, a przecież „wszyscy” już to znają – a książka wydana przed miesiącem.

    Poza tym, ludzie którzy żyją z pisania recenzji, dostają do czytania egzemplarze recenzenckie miesiąc albo i wcześniej przed premierą – przed ostateczną korektą, bez zdjęć, często bez okładki, sam wydruk. I napisaną recenzję wrzucają w odpowiednim momencie. Ja lubię obcować z książką skończoną, wydaną taką, jaka miała być, a nie z plikiem luźno wydrukowanych kartek.

    No i umówmy się – tyle osób na blogach produkuje te recenzje, a ile z nich jest wnikliwych? Ile osób potem te recenzje uważnie czyta? Ile sięgnie po poleconą książkę i również uważnie ją przeczyta? Mamy nadprodukcję informacji. Przestałam śledzić niektóre portale książkowe, bo dosłownie spamowały mnie okołoksiążkowymi newsami – co z tego, że kilka razy dziennie, jeśli ich wartość była znikoma i po prostu marnowały mój czas?

    Dlatego wolę, gdy ktoś pisze nawet rzadziej, ale rzetelnie 🙂

    • Właśnie prawda jest taka, że ja ani nie jestem szybko-piszącym blogerem, ani szybkim czytelnikiem. Niemal nigdy nie czytam nowości, bo jakoś zawsze akurat sięgam po coś innego. Owszem kupię, jeśli coś mnie zainteresuje, ale wkładam na stos i czytam pół roku później 😛 Taki urok!
      Mi czasem wydawcy proponują taki prebook, ale mnie to średnio kręci póki co. Inna sprawa, gdyby za tym szło wynagrodzenie finansowe, ale no…gdzie tam 🙂

      W 100% zgadzam się z ostatnim akapitem. Ja tam nie jestem w stanie śledzić kolejnych recenzji na blogach. Raczej zaglądam tam, gdzie po prostu lubię być, nie ważne czy autor/autorka pisze o nowości, czy o starociu, czy o przysłowiowej dupie Maryni 🙂

      • Mam podobnie z tym czytaniem i pisaniem 🙂 Jeśli chce się coś uważnie przeczytać, przemyśleć,a potem napisać o tym rzetelnie i w sposób pogłębiony, to jest to oczywiste, że zajmie to więcej czasu!

  • Żyje w ciągłym przekonaniu, że za mało publikuję na blogu i na fp. W porównaniu z innymi. Ale taka ilość jest dla mnie odpowiednia, żeby poza tym jeszcze jakoś żyć i mieć inne zajęcia. Mogłabym częściej i więcej i to pewnie wpłynęłoby pozytywnie na zasięgi, statystyki, liczbę czytelników etc. Ale trudno. Taki jest mój wybór i gdybym ugięła się pod presją, blog i moje życie raczej by na tym ucierpiały. A przecież chodzi o to, żeby blogowanie było również przyjemne.

    • Dokładnie tak też uważam. Przecież mamy życia prywatne, o które trzeba zadbać, a nie tylko o bycie online. Nie oszukujmy się blog jest jednak dodatkiem, jeśli ktoś ma życie rodzinne i zawodowe, a nie stoi na pierwszym miejscu. Pewnie jest to możliwe w przypadku prowadzenia bloga na etapie liceum, czy nawet studiów, ale potem, już niekoniecznie 🙂

  • Ach jak ja się cieszę, że udało mi się też znaleźć swoje tempo i przestać się spinać z blogowaniem. Czasem są dwa, trzy teksty w tygodniu, czasem nie ma żadnego, ale wiem, że tak mi jest dobrze. W końcu czytam tez książki, które sama kupuję a nie te do recenzji. ostatnio łapie się nawet na tym, że wcale nie muszę czytać, jeśli nie mam ochoty. Skończyłam tez wiele współprac, które w jakiś sposób mnie stresowały terminami. I chyba w końcu to moje blogowanie jest zgodne z tym, co myślę i jak chcę żeby wyglądało 😉

    • No i tak to powinno wyglądać. Najgorzej to tworzyć pod presją, na akord. Wtedy to już dla mnie nie byłby blog – miejsce z pasji, tylko kolejna praca do której muszę chodzić i robić coś na termin 😉

  • Skąd ja to wszystko znam 🙂 Mój blog ma dopiero pół roku i muszę Ci powiedzieć, że pierwsze miesiące były naprawdę trudne – temat gonił temat, ciągle coś się działo, na obserwowanych blogach teksty pojawiały się tak błyskawicznie, że nie byłam w stanie na spokojnie się z nimi zapoznać… Chciałam biec tak samo szybko i tak samo szybko odpisywać na maile czy komentarze. Nie da się. Coś zawsze na tym ucierpi – tak jak wspominasz w poście – dom, rodzina, zainteresowania…
    W końcu odpuściłam… Teraz jest lepiej – piszę w swoim tempie, obserwuję tylko te blogi, które są dla mnie wartościowe, udzielam się w grupach, które coś mi dają i którym ja coś mogę zaoferować. Owszem, są momenty trudne, ale jest ich już dużo mniej i nie mają one na mnie już tak dużego wpływu.
    Bardzo mądry tekst i bardzo dobre podejście 🙂

    • Cieszę się, że mój tekst jest zgodny z Twoimi doświadczeniami. Okazuje się, że wiele z nas ma je wspólne :), do pocieszające. Staram się to spokojne podejście utrzymać, choć czasami (na przykład ostatnio) jest mi bardzo trudno i znowu czuję ciśnienie 😉

  • Pingback: Bajaderka kulturalna #2 - Skrytka na kulturę()

  • myslobook.pl

    Prowadzę blog od niedawna, w zasadzie od dwóch okrągłych miesięcy. Zawsze kochałam pisać, robiłam to zawsze, ale dla siebie i do szuflady. Kilka osób nakłoniło mnie do publicznego obnażania się z moich myśli. Ja jeszcze jestem krok przed Tobą. Wciąż czuję presję. Ale bardzo dziękuję Ci za ten tekst, bo może też pozwoli mi wyluzować. Uwielbiam czytać, z związku z tym na moim blogu również pojawiają się recenzje tych książek, które mogłabym komuś polecić. Chociaż najbardziej chciałam się dzielić sobą i swoimi poglądami. Bardzo mi się u Ciebie podoba. Nie tylko treść, ale i język. Bardzo przyjemnie się czyta. Miło było tu wpaść, zostanę na dłużej 🙂

    • Jesteś na samym początku, myślę, że odczuwanie presji jest normalne. Poza tym mi to też wraca falami, wczoraj na przykład jak zobaczyłam X wpisów na obserwowanych blogach o nowościach lutego, a ja nie sięgnęłam nawet po jedną nowość ze stycznia, która mnie ciekawiła, bo nie zdążyłam (!!), to się trochę przeraziłam. Ale dziś rano już mi przeszło :).

      Nawet nie wiesz jakie to dla mnie miłe i ważne. Zapraszam częściej i do napisania! 🙂

  • Niespodziegadki

    My z kolei mamy tak, że czytamy bardzo dużo, czasami kilka książek w tygodniu, zarywając noce i unikając obowiązków (bywa, że źle się to kończy), ale za nic nie byłybyśmy w stanie tyle pisać – uff, myślałyśmy, że tylko my przygotowujemy nowy wpis godzinami! Wydaje nam się, że nie ma co robić czegoś na siłę, a od ilości zawsze bardziej liczy się jakość – przynajmniej dla nas. Są blogi czy strony, na których postów jest mnóstwo, pojawiają się ekspresowo, często dzień po premierze, ale jakoś brak w nich duszy, wyglądają jak tworzone według szablonów i nie bardzo chce nam się je czytać. Co nie znaczy oczywiście, że nie ma takich, gdzie ktoś pisze często, ale widać, że taki jego rytm i dobrze mu to wychodzi.
    Z tym tempem czy ilością czytania nie warto podporządkowywać się trendom (albo popularnym wyzwaniom), a pilnować samego siebie i to siebie pytać, co jest dla nas dobre i czego byśmy chcieli. My się czasami łapiemy na tym, że narzekamy na brak czasu na książkę, a zamiast poczytać przy kawie, odświeżamy Facebooka – i wtedy się wkurzamy. Nie mamy natomiast wyrzutów sumienia, jeśli ilość lektur chwilowo maleje z uzasadnionych powodów: bo ważne rozmowy, bo podróż, bo kino.

    • Zazdroszczę Wam zatem umiejętności zarywania nocek, ze mnie jest taki śpioch, że nie ma na to szans :(.Uff, czyli nie tylko ja piszę nowy tekst godzinami :D, a to ulga!
      Niestety mam podobny syndrom. Narzekam, że nie mam kiedy czytać, a doskonale zdaję sobie sprawę, że jakbym odłożyła Facebooka i Instagram na bok, to nagle by się co najmniej 45 minut zwolniło na czytanie 🙂
      Już pogodziłam się, że jeśli miałabym pisać częściej, to odbije się to na jakości, więc pozostanę przy swoich niespiesznych postach 🙂
      Pozdrowienia!

  • Ja zaś zaczynałem blogowanie właśnie po to, żeby czytać tylko i wyłącznie po swojemu. Recenzowanie dla portali nie wiązało się co prawda z pośpiechem (bo nikt mi nic nie narzucał, a ja sam brałem tyle, by zawsze być na czas bez stresu), ale trudno było odmawiać ciągle napływających ciekawych nowości. W końcu nie zostawało mi czasu na czytanie książek „własnych”. Blog zaś to od początku miało być własne poletko do mego „dziwnego” czytania.

    • Oparcie się propozycjom nowych książek jest trudne, ale staram się konsekwentna. Wiem, że potem nie wyrobię się za nic w świecie z czytaniem.
      Ja czasem zapominam własnie, że blog to odpoczynek. Z nowym rokiem patrzę na to inaczej 🙂

  • Anna

    I świetnie, że doszłaś do takich wniosków. Myślę podobnie i cieszę się, że niedawno trafiłam na twój blog, bardzo mi się u Ciebie podoba. Pozdrawiam!

    • I mnie cieszy niezmiernie, że do mnie trafiłaś !! 🙂 Mam nadzieję, że będziesz tu częstym gościem 🙂 (a ja będę często pisać 😀 jutro powinnam tu wrzucić coś fajnego z Amosem Ozem w roli głównej).

      Pozdrowienia!
      A.

  • Bardzo podoba mi się taka filozofia prowadzenia bloga. Też łapałam się na tym, że czasem chciałam być jak Ci blogerzy, którzy czytają bardzo dużo i bardzo dużo piszą, zwłaszcza o nowościach. Z drugiej strony, nie lubię kiedy ktoś mówi mi, co mam robić, więc współpraca z wydawnictwami odpada – chcę mieć zupełną dowolność w dobieraniu swoich lektur. Poza tym odkąd zaczęłam pracować w księgarni, przestałam mieć dużo czasu na blogowanie (choć dostęp do nowości ksiązkowych stał się łatwiejszy – taki paradoks). Usiłuję to wszystko ze sobą pogodzić. I chociaż nie wychodzi mi to idealnie, to przynajmniej się staram;)

    • Współpraca z wydawnictwami z mojego doświadczenia nie polega na tym, że wysyłają Ci książki jak leci, ale raczej takie o jakie ja zapytam. Natomiast oczywiście wiąże się to z tym, że zobowiązuję się, że prędzej czy później (a w moim przypadku raczej później) coś o nich napiszę i te tytuły czytam najpierw.
      Praca w księgarni, ah :). Pracowałam w sieciówce, a potem w kawiarnio- księgarni psychologicznej. Bardzo swego czasu chciałam pracować w księgarni „z duszą” ale jakoś w tamtym momencie mnie nie chcieli, albo proponowali głodowe stawki. Tak czy inaczej, uwielbiałam układanie książek 🙂

      Po co idealnie, grunt że coś robimy co dla nas jest ważne 🙂

      • Chyba zle to sformułowałam…wiem, że przy współpracy samemu można dobierać sobie tytuły, ale nie podoba mi się właśnie to uczucie obowiązku (że trzeba coś przeczytać jak najszybciej i o tym napisać), bo to może zabić całą radość z lektury. Tak czy inaczej – to nie dla mnie;)
        Z mojego doświadczenia: o wiele bardziej wolę pracę w bibliotece (tak, pracowałam, zresztą jestem bibliotekarką z wykształcenia;) niż w księgarni. Chociaż nie powinnam narzekać, bo to też praca z książkami, a to jest cudowne;)

        • No tak, masz w zupełności rację. Nawet jeśli tytuły do zrecenzowania wybieram sama to i tak mam świadomość pewnego obowiązku przeczytania ich w pierwszej kolejności, a niej jak popadnie 🙂
          Kiedyś bardzo chciałam pracować w bibliotece i czasem wciąż sprawdzam czy nie ma jakiegoś ogłoszenia na stronie ochockich bibliotek 🙂

  • Słowo na ławę

    Nie jestem co prawda blogerką – recenzentką, ale słowa o presji, którą najbardziej sami na siebie wywieramy, bardzo do mnie trafiły. Ja wciąż czekam na swoje wygodne miejsce w blogosferze. Kto wie, może będziemy sąsiadkami? Pozdrawiam ;)!

    Asia

    • Ja bardzo lubię sąsiadów! Szczególnie takich, u których można zostawić paczkę od kuriera i podzielić się ciastem 🙂
      A to nie Ty? https://slowonalawe.wordpress.com/
      🙂

      • Słowo na ławę

        Tak, to ja 🙂 Jeśli dzielisz się ciastem, to byłabyś moją ulubioną sąsiadką 😀 Póki co będę Cię odwiedzać na tym slow-blogowym osiedlu, ale kto wie, może i na spotkanie przy cieście kiedyś się trafi okazja ;)!

        • Dzielę się! 😀
          Slow-blogowe osiedle, rewelacja :). Pewnie, ciasto to ja zawsze, rezyduje w stolicy 🙂

          Pozdrowienia 🙂

  • Dokładnie! Moja zasada – jedna recenzja na tydzień 🙂 Nawet jak czytam więcej, to i tak się tego trzymam. I czytam to co chcę, kiedy chcę i jak chcę. Tak mi dobrze 😀 Poza tym śledzę wiele blogów o książkach, ale najbardziej lubię te, gdzie nie ma samych nowości, a ich autorzy piszą o tym co naprawdę lubią 🙂 No i faktem jest – same media społecznościowe, odpisywanie na komentarze i prywatne wiadomości zajmuje sporo czasu, ale to jest po prostu przyjemne, więc nie marudzę 😀

    • I ja się teraz tej zasady trzymam o jednym wpisie na tydzień. Jest to do zrobienia 🙂 Czytam więcej niż piszę, bo do pisania muszę mieć i więcej energii i skupienia. To o czym piszesz, że odwiedzasz chętniej te, na których autorzy piszą o tym co lubią, a niekoniecznie o nowościach – myślę, że takie blogi są bardziej autentyczne. Autorowi takiego bloga wierzę, kiedy pisze, że coś mu się podobało, bo nie mam w kącie głowy podejrzenia, że nie chce rozczarować wydawnictwa.
      Tak, odpisywanie jest bardzo przyjemne! 🙂

  • To gonienie za nowościami i ściganiu się w dacie publikacji jest bezsensowne. Potem internet zalewa fala takich samych recenzji oraz naprędce wyciąganych wniosków (albo i bez tego, skoro można jedynie streścić fabułę i napisać, że książka była „świetna” i „dobrze się czytało”). Wiele blogów przestałem przez to obserwować.

    Jakość wpisów jest ważniejsza niż ich liczba. Podobnie lepiej zaprezentować jedną, ciekawą książkę i zrobić to dogłębnie, niż pisać o trzech czytadełkach, o których szybko zapomnimy. No, ale wtedy nie można się chwalić biblioteczką, której 90% stanowią darmowe egzemplarze, prawda? 🙂

    • Masz rację, mi też nie chce się czytać trzeciej i czwartej recenzji tej samej książki, które pojawiają się dzień po dniu. Raczej mam dwa-trzy blogi, na które zajrzę jeśli chcę poznać ich opinię o nowym tytule.
      Zdecydowanie wychodzę z założenia, żeby przedkładać jakoś nad ilość. Myślę, że cztery solidne, przemyślane teksty w miesiącu, to całkiem w porządku wynik, postaram się taki utrzymać 🙂

      Ha, darmowe egzemplarze, temat rzeka 🙂

  • Najważniejsze, że doszłaś ostatecznie do bardzo dobrego wniosku 😀 Ja wprawdzie narzuciłam sobie rygorystyczny grafik (jeden wpis co drugi dzień), ale wynika to tylko i wyłącznie z mojej potrzeby mówienia o książkach. Jest ich TYLE, że i tak nie dam rady opowiedzieć o wszystkich, o których bym chciała 🙂 Czasami nie trzymam się go, wiadomo, życie a i gry się same nie przejdę i filmy się same nie obejrzą 😉 I powiem Ci, że znajduję przyjemność w odnajdywaniu takich spokojnych, ciepłych blogów, na których nikt nie krzyczy nowościami 🙂

    • Oh Twój blog to jest akurat niedościgniony dla mnie, podziwiam Cię za tą mobilizację i systematyczność, ja zawsze miałam z tym problem.
      Mam nadzieję, że i u mnie będzie Ci miło 🙂

      Pozdrowienia 🙂

  • Chciałoby się napisać „witamy w blogosferze” 😉 Ja bloga ksiażkowego prowadzę od prawie 8 lat i przeszłam przez różne etapy. Początkowo było nas, blogerów książkowych, niewielu, każdy był rozpoznawalny na swój sposób i nikt nie musiał jakoś specjalnie „walczyć” o czytelników. Potem do akcji wkroczyły wydawnictwa, rozmaite festiwale, a nawet organizatorzy Targów i zaczęło być coraz bardziej kolorowo, branżowo i walecznie.

    A mnie się po prostu nie chce. Blog to moja odskocznia od codzienności, od zawsze dzielę się tam moimi ulubionymi tytułami lub ostrzegam przed tymi nieulubionymi. Romans z wydawnictwami miałam (i wtedy mocno spinałam poślady), lecz już zakończyłam i tak sobie egzystuję. Owszem, założyłam Instagrama, mam profil na facebooku i myślałam kiedyś o nagraniu filmiku, ale to wszystko czynię z uwagi na to, że mi się podoba.

    Fajnie jest się tak wyluzować 🙂

    • Z pewnością te 8 lat temu wyglądało to zupełnie inaczej. Ja wtedy nawet nie czytałam blogów, ani o książkach ani o niczym innym :). Z pewnością to środowisko rośnie.

      Ja łapię się na tym, że myślę o blogu w kategoriach „muszę wrzucić wpis”, a nie tylko przyjemności. I wiem, że to niedobre. Z jednej strony to ma być moje miejsce w sieci, z drugiej chcę spełniać jakieś ogólne standardy. Ciężka sprawa. 🙂

  • Wesz co? masz bardzo zdrowe podejście do tematu! Tak trzymać!

    • Jedyne wyjście żeby jednak nie zwariować, a jednocześnie nie zamknąć tego bloga z hukiem, bo jednak daje mi dużo radości. Zwłaszcza odpisywanie na komentarze 😀
      Dziękuję i ciepło pozdrawiam 🙂

  • To ja dodam od siebie: jestem blogerką nie poddającą się presji 🙂
    Świadomie nie współpracuję z wydawnictwami (po kilku próbach na początku bloga dałam sobie spokój) – sama chcę decydować o tym co i kiedy czytam.
    A czytam powoli i piszę powoli. 5-6 postów w miesiącu, taką miałam średnią w 2016. Niektórzy piszą tyle w tydzień. Ja zazwyczaj potrzebuję kilku dni, by książka mogła w mojej głowie „osiąść”: muszę uporządkować myśli i wrażenia, jakie lektura we mnie pozostawiła. Niektóre teksty piszę za jednym zamachem, jak mam dobry dzień i wenę :), inne wymagają kilku dni i nieskończonych poprawek.
    Z biegiem lat odnoszę wrażenie, że na mojego bloga zagląda coraz więcej stałych czytelniczek, które mają podobny gust literacki do mojego i pod wpisami zostawiają ciekawe komentarze.
    Poza tym, nie ma się co oszukiwać: istotną rolę w tej całej zabawie odgrywa wiek zarówno piszących, jak i czytających. Mój blog raczej nie przypadnie do gustu uwielbiającym wampiry nastolatkom. Ale wcale nie musi 🙂
    Wolę dotrzeć do mniejszej liczby osób ze świadomością, że książki, które polecam, polecam szczerze. Jeśli jakiś tytuł mnie zachwyci, jestem pewna, że i ich nie rozczaruje.

    Miłego slow-blogowania!

    • Słowo na ławę

      „Slow – blogowanie” – jaka piękna nazwa! Chyba wpisuję się w ten nurt 😉

      • O proszę, następna osoba do grupy wsparcia Slow-blogerów, cudownie :))

        Pozdrowienia!

        • Jestem jak najbardziej za!!!
          Można by się nawet pokusić o stworzenie sieci blogerskiej ze znakiem jakości „slow-blog”. Jaka by to była moc!
          Ja się piszę w każdym razie 🙂

          • Jej to byłoby super… tylko jak to zorganizować… Będę myśleć w weekend 🙂 Dzieki dziewczyny!! <3

    • Jaki mądry i wyważony komentarz, dziękuję :). Masz zupełną rację, albo robię coś w zgodzie ze sobą i swoim gustem, ale wtedy docieram do zawężonej grupy odbiorców, których ciekawi to samo co mnie (lub mają otwartą głowę), albo piszę o bestsellerach i wtedy docieram do większej ilości osób, tylko że gdzie w tym wtedy jestem ja?
      Też mi się zdarza mieć wenę, ale częściej przy tekstach okołoksiążkowych, moje refleksje o książkach najczęściej „rodzę” z trudem ;D
      Z wydawnictwami póki co współpracuje mi się dobrze, bo ja mówię co mnie interesuje i tylko to chcę ewentualnie otrzymać 🙂 Myślę, że inaczej bym nie chciała się w bawić.

      Slow-blogowanie, cudowne! Powinniśmy tutaj założyć jakieś stowarzyszenie albo grupę wsparcia dla slow-blogerów, czytając komentarze tutaj i na facebooku, widzę że jest nas więcej 🙂

      • Ależ Twoje teksty okołoksiążkowe sa super. Zobacz jaka interesująca dyskusja rozwinęła się pod tym postem! To sukces.
        Skoro takie posty sprawiają Ci szczególną frajdę, to po prostu je pisz!!!

        P.s. Tak z ciekawości: dlaczego w tytule jest bloger, a nie blogerka? (feministka we mnie musiała zadać to pytanie, wybacz 🙂 )

        • Tak po prostu będę zatem robić! 🙂 Zawsze sie waham czy w ogole ktoś będzie chciał je czytać.

          Ale mnie zagięłaś. Nie mam pojęcia, jakoś mi blogerka nie pasowała… a ze mnie przecież też pierwsza feministka na osiedlu 😀

  • Malgorzata Wower

    Cieszę się, że o tym piszesz. Od roku noszę się z myślą założenia bloga, ale właśnie ta presja mnie powstrzymuje… A odkąd mam konto na Instagramie zastanawiam się skąd ludzie mają czas na czytanie i produkowanie tych wszystkich zdjęć pieczołowicie ozdabianych przeróżnymi detalami. Bardzo lubię do Ciebie zaglądać i dobrze się tu czuję 🙂 Gratuluję bloga i życzę niespieszności.

    • Ha! Dobre pytanie! Ja też się kiedyś zastanawiałam, czy te zdjęcia to kolejne czytane książki, obstawiam że nie :D. Ale fakt, czasem myślę, że ludzie mają czas z gumy, albo są to konta wyluzowanych studentów/licealistów, którzy mają wciąż jeszcze masę czasu 🙂
      Bardzo, bardzo mi miło 🙂
      Dziękuję i życzę tego samego!
      A.

  • Nie jesteś sama, to na pewno :). Też długo piszę każdy tekst, zwykle rozciąga mi się to na kilka dni, ale uważam, że to dobrze, bo wtedy dojrzewa. I lepsze to niż płytkie recenzje, wyrzucane z prędkością karabinu maszynowego. Jasne, są tacy, którzy piszą długo, wnikliwie, a często, czytają więcej i szybciej, ale to też zwykle ludzie, którzy mają inny tryb życia i mogą sobie na to pozwolić. Pozostaje się z tym pogodzić, i nie wypruwać sobie niepotrzebnie żył :). Ważne też chyba, żeby nie silić się na oryginalność – a wydaje się to konieczne, jeśli piszesz o książce, którą czytają właśnie wszyscy i której recenzji wszędzie jest pełno. Dlatego warto robić sobie czasem przerwy od nowości, wziąć z półki coś mało znanego, starszego, upolowanego w antykwariacie lub na bibliotece, i odkryć tę książkę dla blogowego świata. To takie moje patenty :). Ja też zupełnie inaczej wyobrażałam sobie blogowanie, kiedy swojego bloga zakładałam, no ale to były jeszcze inne czasy, nie czytało się na wyścigi, a współprace z wydawnictwami dopiero raczkowały. Nie daj się presji! To ma być przede wszystkim przyjemność, nie kierat :).

    • Ależ Anno! Ty akurat jesteś wzorem do naśladowania, piszesz nie dość że długie teksty, to jeszcze jakie wartościowe. Bardziej są one artykułami niż notkami blogowymi. Może nie co drugi dzień, ale też i nie rzadko.
      Nie mniej jednak dziękuję za miłe słowo; i masz rację, trzeba się po prostu pogodzić z tym, że ktoś ma taki tryb życia, a ktoś inny, i ja z tym swoim „innym” czasu mam mało i już (a do kompletu jestem strasznym śpiochem i zarywanie nocy na czytanie raczej nie wchodzi w grę :D).
      Pozdrawiam cieplutko!

      • O, dziękuję, miło, że tak uważasz :). Wiem, że to pogodzenie się nie jest proste, ja też odczuwam czasem wewnętrzny bulwers, że ciągle tylko ta praca i praca… Ale cóż, takie życie. A śpiochem też jestem, więc znam ten ból. Choć dziś, pochwalę się, udało mi się wstać o 5 i poczytać trochę przed pracą :). Pozdrawiam, ściskam!

        • Uf, podziwiam! Mniej więcej dwa razy w tygodniu mam taki plan i zgadnij co? Nigdy go jeszcze nie zrealizowałam, bo wyłączam budzik i zakopuję się w kołdrę, żeby wylecieć spod niej w ostatnim momencie 😀

  • Wielu (mam nadzieję) blogerów przechodzi ten etap. Wielu, którzy niosą ze sobą wartościowe treści i nie blogują pod publikę. Też mam go za sobą (jakiś rok będzie), i chociaż czasem jeszcze dopada mnie zryw, to i tak się opamiętuję. Kiedyś jeszcze miałam ogromne wyrzuty sumienia, że nie nadążam, że znikam, że przerwałam współprace z takimi wydawnictwami, jak Czarne, czy Książkowe Klimaty. Zrozumiałam jednak, że dobre książki czytane na aport tracą jakąś taką aurę i nagle brzydną. A przede wszystkim odziera je to z wyjątkowości chwili, kiedy po nie sięgamy z własnej potrzeby. Cieszę się, że znajdujesz tu swoje miejsce i wyważasz wiele blogowych spraw 🙂

    • No właśnie, trudne to jest kiedy z jednej strony chciałoby się z tymi wydawnictwami ciekawymi współpracować, a z drugiej presja czasu jest wtedy nieunikniona. Książki czytane na aport, a to mi się spodobało :D. To prawda, jak ze wszystkim co musimy robić, a nie chcemy, nawet jeśli jest to w obszarze naszych zainteresowań.
      I ja się cieszę, cieszę się też, że nie jestem odosobniona w tych przemyśleniach 🙂