Być blogerem i nie zwariować

No dobra, nie wiedziałam, że to będzie zajmowało tyle czasu.
Nie spodziewałam się, że pisanie recenzji pochłonie mi za każdym razem co najmniej 4 godziny, że jako początkujący bloger powinnam tych treści publikować dużo, dużo więcej niż mi się to faktycznie udaje, że aby pozyskiwać czytelników na mediach społecznościowych muszę pamiętać o byciu aktywną tam niemal codziennie.

Ale przede wszystkim, nie sądziłam, że muszę czytać tak szybko.


Zakładając bloga o książkach, chciałam po prostu uzyskać miejsce, gdzie będę mogła dzielić się swoimi refleksjami o przeczytanych tytułach. Nie zastanawiałam się, kto będzie to czytał, ani jak będę dbała o promocję. To przyszło po chwili. Powoli zagłębiając się w blogosferę zobaczyłam, że blog książkowy to zdecydowanie nie tylko recenzje, a profile na Facebooku i Instagramie są z blogiem ściśle połączone i jeśli chcę, żeby na stronę zaglądał ktoś poza moim chłopakiem i rodzicami, muszę to wszystko zsynchronizować. 

Szybko zaczęłam odczuwać pewnego rodzaju presję. Była ona spowodowana ogólną tendencją w blogosferze do pisania niemal wyłącznie o świeżynkach i to dwa dni po premierze tytułu (albo i przed premierą). Zorientowałam się, że jeśli chcę współpracować z dużymi wydawnictwami to takie właśnie będą ich oczekiwania – jak najszybsza recenzja, póki książka jeszcze ciepła stoi na półce Nowości w księgarniach. Poczułam się całkowicie przytłoczona tempem w jakim ludzie czytają i piszą o kolejnych tytułach. Ja czytałam jeszcze ten z 3 lipca, a wszyscy w około już o nim napisali i przeczytali dwa kolejne. Ostatecznie więc o danej książce nie pisałam wcale, bo jaki tego sens, skoro wszyscy którzy byli jej ciekawi przeczytali recenzje u kogoś innego. Oczywiście, że takie myślenie jest zupełnie skrzywione, bo po pierwsze nie wszyscy napisali, po drugie przecież sama wchodzę na lubiane blogi nie tylko po to żeby poczytać o nowościach. 

Doskonale wiedziałam, że ja nie czytam szybko, a już na pewno szybko nie piszę. Moje pisanie o książce to długi proces. Siadam, herbata, facebook, wstaję, siadam, odpiszę na maile, kolacja. I w międzyczasie tworzy się tekst. To trwa. Nie można w taki sposób płodzić 3 recenzji tygodniowo bo musiałabym tylko pracować i prowadzić bloga. A mam jeszcze życie prywatne, sport, gotowanie. Myśląc o blogu, miałam poczucie, że jego prowadzenie nie ma sensu bo i tak się nie wybiję na poziom tych prawdziwie zaangażowanych blogerów i szybkoczytaczy.

Na szczęście to minęło. To znaczy blogosfera nadal pędzi (oczywiście nie cała, znalazłam sobie kilka takich miejsc, gdzie nikt się nie spieszy z nowościami, wraca do starych tytułów i generalnie czyta po swojemu), ale ja wyluzowałam. Bo wiem, że to w mojej głowie tkwił problem. Nadal czytam powoli i tak samo piszę. Stopniowo tworzę sobie wygodne miejsce w Internecie i zaczynam czuć się tu dobrze. Odnajduję swoją niszę, wydawnictwa które proponują wspaniałe tytuły spoza głównego nurtu i z nimi zaczynam współpracę.
Mam coraz więcej przyjemności z prowadzenia bloga. Coraz częściej tutaj udzielacie się Wy, coraz częściej coś wpada na parapetową skrzynkę mailową, ktoś proponuje mi książki. Oczywiście to powoduje swego rodzaju nową presję: żeby podołać, żeby utrzymać tą aktywność, żeby napisać coś ciekawego o książkach, które wydawnictwo mi podarowało, żeby na bieżąco odpisywać na wszystkie komentarze… No tak, ale to już jest inna historia.

Nie muszę gonić, mogę robić to po swojemu.

A.