Berlińska depresja – Anda Rottenberg

Chodzę więc na te wszystkie spotkania i wernisaże, odpowiadam na maile, robię zakupy i wykonuję rozmaite czynności odpowiednio do sytuacji poniekąd z lęku przed zardzewieniem, przed osunięciem się w stan egzystencji elementarnej, tego powolnego zsuwania się po ledwo widocznej pochyłości gdzieś poza horyzont życia.* [s. 62]

Berlińska depresja Andy Rottenberg to dziennik prowadzony podczas rocznego pobytu w Berlinie, na czymś w rodzaju stypendium naukowego. Ci, którym nazwisko Rottenberg jest zupełnie obce (dziwne, ale są tacy) powinni wiedzieć, że jest to krytyczka i kuratorka sztuki, publicystka, wykładowca na uczelni, a także autorka niezliczonych artykułów, prowadząca audycji radiowych. Przez wiele lat była dyrektorka Galerii Zachęta w Warszawie. Jednym słowem, doświadczenia życiowego jej nie brakuje.

Dziennik prowadzony od jesieni 2015 do lata 2016 to faktycznie notatki pisane z Berlina, ale również z Warszawy, ponieważ Anda w tym czasie żyje w niejakim rozkroku. Opisuje swoje życie codzienne na uczelni w Berlinie, drugie życie w Warszawie, daje nam zarys otaczających ją ludzi i tu i tam. Często dzieli się przemyśleniami na temat sytuacji społeczno-politycznej w Polsce, jawiąc się jako osoba bardzo zaangażowana i oddana temu, w co wierzy. Sztuka, choć się oczywiście pojawia, zajmuje w Dzienniku zdecydowanie dalszy plan.

Coś niedobrze z umiejętnością oddzielania spraw prywatnych od publicznych. Może dlatego, że jedno i drugie jednakowo mnie dotyka?

To, co bardzo mi się w jej zapiskach podobało, to uważność Andy na detale: na bluszcz na kamienicy, życie prywatne berlińskich wiewiórek, historię domu, w którym mieszka. Najciekawsze były te fragmenty, kiedy robiło się bardziej intymnie, kiedy autorka pisała o poczuciu przemijania, tymczasowości, starzeniu się. Z zainteresowaniem (choć do pewnego momentu) czytałam o refleksjach krytyczki związane z aktualną (zmiana władzy w Polsce w 2015 r.) sytuacja społeczno-polityczną w kraju.

I pomyśleć, że w zasadzie byłam zawsze bardzo konwencjonalna, starałam się, zgodnie z radami taty, nie wybiegać przed orkiestrę i po prostu żyć przyzwoicie. Tymczasem zostałam uznana za jedną z głównych polskich skandalistek, obrażających poczucie smaku i uczucia religijne większości obywateli. Chyba w pewnym momencie uwierzyłam w wolność. Nie własną, co do tego nie miałam złudzeń, ale sztuki. (…) Szkoda jednak, że – sparaliżowana przez innych hamulcowych, wliczając w to standardy małego miasta, wychowanie w szkole i w domu, a wreszcie paradygmaty obowiązujące w PRL – nie pofrunęłam znacznie dalej. Nie zostałam ambasadorem własnych marzeń. [s.260]

Problem z Berlińską depresją mam taki, że autorka nie dopuściła mnie blisko siebie. Po zamknięciu książki wciąż wiem o niej bardzo mało. Żaden obszar życia nie został mi dokładniej w tym Dzienniku przedstawiony: ani dokładnie nie wiem co ona w tym Berlinie robiła, znam imiona postaci z jej życia prywatnego ale niewiele więcej, nie wiem co czyta i jakie filmy ogląda. Wiem niby dużo na temat poglądów politycznych Andy, ale mimo, że mamy je dość podobne (przez pierwsze 100 stron z aprobatą kiwałam głową), to jednak w pewnym momencie czytanie o nich stało się dość nużące, ponieważ myśli te przestały wnosić coś nowego, a kręciły się wokół tego samego.

Mam przekonanie, że jednak czym innym jest dziennik pisany do szuflady (gdzie nie trzeba nikomu niczego tłumaczyć), a czym innym zapiski prowadzone celem wydania ich w formie książki. W Berlińskiej depresji przydałyby się, najzwyczajniej w świecie, przypisy – kto jest kim. Rottenberg wprowadza na scenę ludzi,  imiona, sytuacje, a ja zupełnie nie wiem o co chodzi, gubię się w tym, kto jest kim i jakie ma powiązania z tym kimś z poprzedniej strony.

Chciałoby się w Berlińskiej depresji znaleźć więcej Andy w Andzie, a mniej raportów z dnia, streszczeń ze spotkań i nazwisk. Mniej polityki, a więcej tytułowej depresji, rozumianej jako pochylenie się nad sobą, nad swoim życiem. Bo niby poznajemy kilku przyjaciół i członków rodziny, ale jednak tak wyrywkowo, że nie jestem w stanie ich sobie wyobrazić.

Prawdopodobnie najlepszym pomysłem jest czytanie Berlińskiej depresji mając już za sobą poprzednią książkę Andy Rottenberg – Proszę bardzo, w której, jak dają mi znać czytelnicy bloga, Anda dużo bardziej się odsłania. Łatwiej wtedy jest wejść w jej świat. Z drugiej strony, można potraktować Dziennik jako inicjalne spotkanie z autorką, które może rozbudzić apetyt na jej poprzednie publikacje. W moim przypadku tak się właśnie stało.
Mimo wymienionych mankamentów, książka jest warta uwagi, miło się ją podczytuje w leniwe wieczory, kiedy jedyne co goni, to stygnąca herbata w kubku. Anda ma lekkie pióro i czyta się jej teksty z przyjemnością, o czymkolwiek by nie pisała.

Gdybym bez obciążania mogła wybierać, wybierałabym rozwiązania ostrożniejsze. Ale w moim przypadku one zawsze pociągają za sobą etyczną niewygodę. Może inni tego nie czują albo nie dostrzegają? Albo im się udaje nie stawać przed wyborami, nie trafiają na wzburzone fale, mogą łagodnie płynąć przez życie, unoszeni przez spokojny, niemal niewidoczny nurt. Jak parowce na Missisipi, z których nie widać, co się dzieje na brzegu. Nie płynęłam, ale tak to sobie wyobrażam. [s.212]

A.


Berlińska Depresja.Dziennik, Anda Rottenberg, wyd. Krytyka Polityczna, Warszawa 2018

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu Krytyka Polityczna.

*wszystkie cytaty pochodzą z omawianej książki.