3 książki września

Miały być książki lata, ale są… książki września. Dobra, prawda jest taka, że od początku czerwca bardzo trudno jest mi się zabrać za pisanie. Jest to czynność, którą odwlekam tak bardzo, jak tylko mogę. Wpis o poniższych 3 tytułach próbuję skończyć od 2 tygodni, ale zawsze coś okazuje się pilniejsze, albo po prostu stwierdzam, że jestem zmęczona i nie mam ochoty siadać znowu do komputera, po 8 godzinach w pracy. Cóż, z pewnością nigdy nie należałam do szczególnie regularnych blogerek i po tych 3 latach w internecie należy przyjąć, że nigdy się taką nie stanę. No trudno. Za to jeśli już coś tworzę, to staram się, żeby to było wartościowe. Poza tym, mam z Wami codzienny kontakt w mediach społecznościowych, co bardzo lubię. 🙂

Poniżej trzy bardzo różne książki. Jest jeden zachwyt, jedno rozczarowanie i jeden reportaż na czwórkę z minusem. Zacznę od końca.


Marek Szymaniak Urobieni. Reportaże o pracy, wyd. Czarne 

Urobieni, reporterski debiut Marka Szymaniaka to dobry warsztatowo reportaż na czwórkę z małym minusem. W poszczególnych rozdziałach książki autor oddaje głos swoim bohaterom: kobiecie z Ukrainy sprzątającej w domach bogatych Polek, magazynierowi, dziennikarzowi na wiecznych umowach śmieciowych, sprzedawcy z call center, pracownikom taśmowym z fabryki Toyoty w Wałbrzychu, sprzątaczce w szpitalu, właścicielom małych, wielobranżowych sklepików, ochroniarzowi, Polakowi na emigracji w Wielkiej Brytanii. Przekrój jest dość duży.

– Jest we mnie potrzeba, żeby pozostać człowiekiem. Mieć czas na książki i chodzić po górach. Być człowiekiem, a nie tylko maszyną do pracy. Nawet kosztem biedy.

Szymaniak w swojej pracy skupił się na prekariuszach – warstwie społecznej, która pomimo ciężkiej, często ponad siły, pracy, nie jest w stanie się utrzymać, nie mówiąc o godnym życiu. Zaprzecza mitowi „chcieć to móc”. Bzdura. Niekiedy się po prostu nie udaje, pomimo chęci i ogromnych starań. Państwo nie chroni pracowników fizycznych, ale jak widać na podstawie rozdziału o dziennikarzu – również wyższe wykształcenie nie zabezpiecza przed niestabilnym zatrudnieniem. Jak pisze reporter, w Polsce co dziewiąty zatrudniony należy do grupy „biednych pracujących”. To ponad półtora miliona osób, które mimo że często pracują więcej niż osiem kodeksowych godzin, zarabiają zbyt mało, aby zaspokoić inne niż podstawowe potrzeby. Praca zajmuje im zbyt dużo czasu, aby podnieść kwalifikacje i dostać podwyżkę. 

Mną osobiście najbardziej wstrząsnęła historia Ukrainki, która w poszukiwaniu źródła utrzymania swojej rodziny przyjechała do Polski pracować jako pomoc domowa. To, jak człowiek potrafi traktować inną istotę ludzką, zawsze będzie mnie szokować. Ma się przy takich opowieściach wrażenie, że co poniektórzy w głębi duszy marzą o powrocie do niewolnictwa, ponieważ wtedy już zupełnie bezkarnie mogliby się wyżywać na ludziach u nich pracujących, biednych i zdanych na ich łaskę i niełaskę. Podobne emocje budzi opis warunków pracy w fabryce Toyoty w Wałbrzychu.

Znajdują się mądrale, które rzucają idiotycznym tekstem trzeba się było uczyć. Przede wszystkim, nie wszyscy  mają taką możliwość. Kiedy w domu jest bieda, dzieciak kończy obowiązkową naukę i idzie do pracy. Dziwi mnie to, że komuś to trzeba jeszcze tłumaczyć. Po drugie – hej, jak wszyscy pójdą na studia wyższe to kto będzie sprzątał wasze trzypiętrowe domy, rozwoził wasze paczki, pracował przy taśmach waszych fabryk? Pracownicy niższego szczebla są niezbędni. Dlaczego więc często traktowani są jak śmieci? Znowu się zagotowałam. Nie ma we mnie zgody na takie traktowanie drugiego człowieka i uważam, że rolą Państwa jest zarządzanie relacją między pracownikiem, a pracodawcą.

Dlaczego czwórka z minusem? Ponieważ zabrakło mi tutaj syntezy, całościowego oglądu całości. Poszczególne historie są bardzo przejmujące, autor oddaje w zasadniczej mierze głos bohaterom, a od siebie dokłada jedynie kilka zdań komentarza. Oczekiwałam, że pokusi się o szerszy obraz rynku pracy w Polsce, ale może to zadanie jest po prostu bardzo trudne. Poza tym, jest to dobry, bardzo dziennikarski w swoim charakterze reportaż, który formą przypomina zbiór artykułów prasowych pod wspólnym szyldem Praca.  Czyta się dobrze i szybko, język pozbawiony jest zbędnych zawijasów.

Polski kapitalizm prawie każdego skrzywdził. Prekariusza, bo dał mu groszową płacę i poczucie, że jest śmieciem w oczach swojego pracodawcy, że jego praca jest nic niewarta, a na jego miejsce czeka 20 chętnych, więc jak się nie podoba, to wypierdalaj. Menedżera, bo dał mu duże pieniądze, poczucie wartości, ale zapędził w ciężką orkę, pracę non stop i poczucie, że skoro nie jesteś prekariuszem, zarabiasz 10 razy więcej niż wszyscy, to sprzedałeś duszę i musisz teraz odpracować ten cyrograf.

No, może nie „prawie każdego”, ale wielu na pewno. Polecam lekturę wszystkim marudzącym na swój ośmiogodzinny dzień pracy na umowie o pracę. 😉

Daniel Magariel Nasz chłopak, tłum. z angielskiego Dobromiła Jankowska, wyd. Pauza

Nasz chłopak to bardzo brutalna i bezpośrednia proza. Autor nie sili się na niuanse i subtelności, wprost uderza czytelnika prawym sierpowym przemocy i beznadziei. Zarys fabuły jest dość prosty: ojciec rozwodzi się z matką swoich dwóch synów, za sprawą manipulacji odbiera jej prawa rodzicielskie i wyjeżdża z chłopcami do innego stanu. Tam mają zacząć nowe życie, co faktycznie się dzieje, natomiast z pewnością nie w tym kierunku, w którym byśmy chcieli (i oni raczej też). Obserwujemy szybko postępujący upadek uzależnionego od narkotyków ojca, popis jego przemocy fizycznej i psychicznej w stosunku do synów oraz stopniowy rozpad psychiki chłopców. Naprzemiennie odczuwamy beznadzieję, nadzieję, a potem znów ostatecznie przytłaczającą beznadzieję.

Przeczytałam Naszego chłopaka w jeden wieczór i po przewróceniu ostatniej kartki dość długo siedziałam na kanapie zastanawiając się:
A) Dlaczego ta książka tak się podoba ludziom w internecie?
B) Dlaczego za to ja nie czuję w stosunku do niej żadnych emocji, może poza lekkim rozczarowaniem?

Jest to opowieść o relacji ojciec-syn, uzależnieniu i współuzależnieniu, przemocy w rodzinie oraz o dojrzewaniu i związanymi z nim konsekwencjami. A raczej stara się tym wszystkim być. Magariel wrzucił do swojej, króciutkiej przecież, książeczki zbyt wiele tematów na raz, ostatecznie żadnego z nich nie eksplorując dostatecznie. Nie potrafiłam ani polubić, ani znielubić bohaterów, ani się z nimi utożsamić, ani do nich przywiązać. Nie umiałam prawdziwie przejąć się wydarzeniami w powieści, ponieważ bohaterowie byli dla mnie niewiarygodni, pozostali do końca płascy, niczym postacie z kreskówki. Może gdyby autor książkę jednak nieco wydłużył (i mówię to ja, wielbicielka książek do 250 stron) oraz skupił się na jednym temacie, to wyszłoby to lepiej. Myślę, że mogłoby tak być – warsztatowo to nie jest zła proza. Napisana jest poprawnie, bardzo prostym językiem, który nie uwodzi czytelnika, ale też nie przeszkadza. Najciekawszym wątkiem w moim poczuciu jest (a raczej mógłby być) relacja między ojcem a synem oraz to, co sobie roboczo nazwałam „co jesteśmy w stanie zrobić dla rodziców z miłości”.

Nasz chłopak to książeczka krótka, więc nie towarzyszyło mi uczucie zmarnowanego czasu (jedno z najbardziej znienawidzonych), ale ewidentnie nie zaiskrzyło i na pytanie A), patrz wyżej, sobie ostatecznie nie odpowiedziałam. Myślę natomiast, że autor ma potencjał i chętnie przeczytam jego drugą, może trzecią książkę. W końcu to debiut i wielu rzeczy musi się nauczyć.

Sandor Marai Żar, tłum. z węgierskiego Feliks Netz, wyd. Czytelnik

To najdotkliwszy cios, jaki fatum może zadać człowiekowi. Pragnienie bycia kimś innym niż tym, kim jesteśmy. Bowiem życia nie można znosić w inny sposób niż ze świadomością, że godzimy się z tym wszystkim, co znaczymy dla siebie i dla świata. Trzeba zgodzić się z tym, że jesteśmy tacy lub inni, i wiedzieć – kiedy się z tym godzimy – że za tę mądrość nie otrzymamy pochwały od życia, nie przypną nam do piersi orderu, kiedy wiemy i znosimy to, że jesteśmy próżni, samolubni albo łysi i brzuchaci – nie, należy wiedzieć, że za nic nie otrzymamy nagrody ani pochwały.

Tutaj natomiast, zachwytom nie ma końca. Żar ma niemal dokładnie tyle samo stron co Nasz chłopak, a zawiera tak wiele treści i sensu, że mógłby nimi wypełnić grubaśną powieść, jakie lubi pisać na przykład Jaume Cabre.
Węgry, lata 40 XX wieku, ogromna, bogata posiadłość na uboczu. 75-letni generał otrzymuje krótki liścik od przyjaciela, którego nie widział 41 lat. Zapowiada się na kolację. Kiedy ostatni raz się widzieli również zjedli wieczorny posiłek w tym domu, wtedy jeszcze z żoną generała. Później przyjaciel się pożegnał i wyjechał bez słowa. Teraz wrócił, a my czytelnicy, umieramy z ciekawości co się takiego stało, że zniknął na 41 lat.

Teraz, kiedy pierwsze zaskoczenie miał już za sobą, raptem poczuł się zmęczony. Człowiek przygotowuje się do czegoś całymi latami. Najpierw się obraża. Potem pragnie zemsty. Potem czeka. Już od dawna czekał. Już nawet nie wiedział, kiedy obraza i żądza zemsty przekształciła się w oczekiwanie.

Marai opowiada nam dzieciństwo i czas dorastania obydwu mężczyzn, aby w połowie książki posadzić nas z nimi do kolacji i już nie puścić do ostatniej strony.
Żar jest niesamowicie napisany – historia dwójki mężczyzn (i jednej kobiety, która też odkrywa tutaj niebagatelną rolę) poza tym, że jest bardzo ciekawa i wciągająca, to co ważniejsze stanowi pretekst do dużo szerszych rozważań. Marai mówi w swojej książce o dochodzeniu do prawdy, usilnym jej poszukiwaniu i ostatecznej niemożności jej poznania. Mówi o relacjach, o przyjaźni i o miłości tak, jak nikt mi nigdy nie mówił. Udało mu się za pomocą pięknego, plastycznego języka i wspaniale zbudowanych zdań (tłumaczenie – brawo, brawo!) utrzymać cały czas bardzo silne napięcie u czytelnika. Pisarz poprzez swoje dzieło dosłownie trzyma czytelnika za twarz i steruje jego emocjami tak, jak chce.

Wspaniała lektura, jedna z tych, które zapamiętam do końca życia i na pewno będę do niej wracać nie raz. Wierzę, że za każdym razem odnajdę tam coś nowego, jakąś kolejną prawdę, czegoś się z niej nauczę.*

*Gwiazdka do Żaru jest następująca – dużo więcej wyciągną z lektury ci, którzy doświadczyli w życiu trudów relacji międzyludzkich: zdrady, opuszczenia, straty, etc. Myślę, że wtedy czytanie tej książki będzie dużo bardziej emocjonalnym i osobistym doświadczeniem. A to zawsze jest najcenniejsze. 😉

Człowiek rzadko wie, które jego słowo lub działanie zapowiada ostatecznie rodzaj nieodwracalnej zmiany w stosunkach między ludźmi.

I tyle. Wiem, że rzadko do Was teraz piszę, ale super byłoby wiedzieć, czy jeszcze ktoś tu jeszcze zagląda. Napiszecie mi o swoich ostatnich zachwytach i rozczarowaniach? Napiszcie. :))

A.

 

Za egzemplarz naszego chłopaka dziękuję wydawnictwu Pauza.

Za egzemplarz Żaru dziękuję wydawnictwu Czytelnik.